sobota, 18 czerwca 2016

91. Ojojoj

Znacie to?





Sorry Polsko, ale stwierdzam, że macierzyństwo może stać się świetną podbudową do rozwoju feminizmu.
Są ludzie, którzy lubią usłyszeć "Ojojoj, jaki Ty jesteś biedny!" by pomyśleć, "Ojojoj, biedny jestem faktycznie." Muszę o tym napisać, bo coś mnie w środku zaraz trafi jeśli się nie uzewnętrznię.

Panowie. Wystarczy byście pracowali od 8.00 do 15.00 i pojeździli na kilka dyżurów w miesiącu, w trakcie których poprzyjmujecie pacjentów i trochę pośpicie - nie mówię o specjalizacjach zabiegowych, które potrafią całą noc operować na bloku ciężkie przypadki. Wystarczy tylko to, by ktoś nad Wami zaczął "Ojojjować". Po powrocie do domu nie musicie już robić w domu nic. Przy dziecku nic.

A ile kobieta musi zrobić by zacząć nad nią "Ojojjować".. Wstać sześć nocy w tygodniu po trzy razy i tak przez osiem, dziesięć, piętnaście miesięcy - tylko po to by nie zbudził Was płacz dziecka i byście rano w pracy mogli powiedzieć "A nasze dziecko w ogóle nie płacze! My w nocy śpimy!"
To: "My".. jest zwłaszcza dobijające...
W ciągu dnia, snując się jak cień za dzieckiem i zbierając wszystko co ono porozrzuca, próbować w tak zwanym międzyczasie zrobić pranie, zrobić obiad, zakupy, zetrzeć kurz i nakarmić Potomka minimum pięć razy dziennie.
A wieczorem, tuż przed 22.00, gdy dziecko zaśnie zadajecie najgłupsze pytanie na świecie: "Może obejrzymy jakiś film?"

Nikt również nie zacznie "Ojojjować" nad kobietą powracającą do pracy po urlopie macierzyńskim. Swoją drogą słowo "urlop" to w tym przypadku jakiś ponury żart.
Drodzy moi, dojeżdżając do pracy 150 km w jedną stronę, pracując jak każdy od poniedziałku do piątku, plus dwa popołudniowe dyżury i wracając z pracy do domu kolejne 150 km na weekend, co czekało mnie w domu? Obowiązek przejęcia opieki nad domem i dzieckiem przez weekend, bo przecież ja przez tydzień poza domem wypoczęłam, a pozostali domownicy w ciągu tygodnia opieką nad dzieckiem bardzo się zmęczyli i w weekend muszą odpocząć. Do tego sprzątanie w tym małym mieszkanku, w którym właściwie nawet nie mieszkałam. Innym bałagan już po prostu nie przeszkadzał. W niedzielę wieczorem, zasypiałam o 23.00, przez pięć godzin snu dziecko budziło mnie trzy razy, wstawałam koło 4.00-4.30 i ruszałam ponownie w trasę 150 km do pracy.

Czy ktoś nade mną "Ojojjował"?

Nie zrozumcie mnie źle, nie domagam się użalania nade mną czy stawiania pomnika wzorowej Matki Polki. Mi jest bardzo dobrze bez oklasków i dobrze mi bez "Ojojjowania". Wyznaję zasadę, że jeżeli jest praca do zrobienia, to pracę wykonuję, postąpić należy tak jak trzeba, wykonać najlepiej jak się potrafi i kropka. Nie potrzebuję medali.

Wkurza mnie tylko zwykła niesprawiedliwość tej sytuacji, wyolbrzymianie trudności sytuacji jednych i traktowanie naprawdę trudnych sytuacji innych jako normalność i nic nadzwyczajnego.
Wkurza mnie świadomość jak wiele kobiet może znajdować się w podobnej sytuacji.

wtorek, 24 maja 2016

90. Najmądrzejsza lub najgłupsza

Skala mądrości i dyplomacji na jaką kobieta musi się w życiu zdobyć nieustannie mnie zaskakuje.

Jestem trochę za młoda by pamiętać skalę odcieni szarości z lat 80-tych. Wierzę, że w tamtym czasie mogło być niektórym ludziom trudno normalnie żyć. Nie mówić tego co się na prawdę myśli, milczeć, wówczas, gdy ma się ochotę całym sobą wyrazić sprzeciw przeciwko nieprawdzie czy niesprawiedliwości.
Zawsze wydawało mi się, że najważniejsze to wymagać od siebie, doskonalić się, poszerzać horyzonty i żyć w prawdzie z samym sobą i z innymi. Nie koloryzować rzeczywistości.
Aż tu nagle: Bang!

Obserwując zmiany jakie zachodzą w naszym kraju dotarło do mnie, że trzeba wykazać się nie lada odwagą by chcieć tu zostać i próbować normalnie żyć w zgodzie ze swoimi zasadami. Mądrością by umieć wytłumaczyć swoim dzieciom dlaczego dana norma postępowania jest słuszna, dlaczego łamanie jej jest złe, a przede wszystkim dlaczego niewłaściwe postępowanie nie spotyka się ze sprzeciwem lecz z milczącym przyzwoleniem. Oto dobra zagadka.

Ostatnio dotarło do mnie, że tego czego muszę zacząć wymagać od siebie to nauczyć się milczeć. W milczeniu akceptować to, z czym całym sercem się nie zgadzam. W milczeniu znosić postępowanie wbrew moim zasadom. W milczeniu być w to wszystko zaangażowana.
Muszę po prostu nauczyć się kłamać.
Znalazłam się w kręgu, w którym kłamstwo jest sposobem na wszystko. Ale nie duże kłamstwa, tylko małe, nieszkodliwe kłamstewka pod pozorem dobroci. Buntowałam się, owszem, głośno i z hukiem. Później, by nie zburzyć swojego życia, pomyślałam, że może jakoś jednym słowem, dyplomatycznie, spokojnym głosem, przemycę trochę prawdy. Moja szczera wypowiedź wywołała na twarzach słuchaczy wyraz przerażenia. Że można powiedzieć tak na prawdę, tak po prostu to co się myśli, nie zważając na nic.
I wtedy właśnie dotarło do mnie, że po drugiej stronie lustra znalazłam się w świecie, w którym nikt absolutnie nie mówi tego co tak na prawdę uważa. Przepięknie. Don Kichot walczy z wiatrakami.

Pozostaje mi tylko odpuścić. Zaakceptować fakt, że ja też jestem oszukiwana. W milczeniu słuchać i nie wierzyć w ani jedno słowo. I mieć nadzieję, że uda mi się nie przenieść tych nawyków na dzieci.

Mądrość i dyplomacja.

Powiększająca się rodzina, nieobecny mąż, prowadzenie domu, zakupy, sprzątanie, spotkania z majstrami, fachowcami, robotnikami.. Być tu, być tam, być w dwóch miejscach na raz.
Jedną ręką pchać wózek z dzieckiem, drugą dociskać w dole łokciowym zakrwawiony gazik.
Schodząc po schodach trzymać dziecko, plecak na plecach, torbę z laptopem, torebkę i zaciskać nogi, by w tej sekundzie na tych cholernych schodach nie zacząć rodzić.
Być w pracy i być z chorym dzieckiem w domu jednocześnie, mając w tym samym czasie zrobione zakupy, obiad ugotowany i posprzątane.
Wziąć głęboki oddech, albo dwa, by nie zwariować.

A może to właśnie jest przejaw głupoty? Może branie wszystkiego na siebie to nie odwaga ani męstwo, a czysta naiwność? Przecież za radzenie sobie dzielnie w życiu, samodzielność i niezależność nikt medali nie rozdaje.
Może mądre kobiety mając na głowie to wszystko jedyne co robią to wydają dyspozycje innym dookoła, a same leżą i pachną?

Może głupotą, a nie męstwem jest obecnie zostawać w tym kraju?

wtorek, 26 stycznia 2016

89. Inny punkt widzenia

Zawsze Drodzy Państwo istnieje inny punkt widzenia.

Właśnie teraz kiedy cała ta dyskusja o stawkach dla lekarzy, zarobkach rezydentów, powszechnie dostępnej opiece zdrowotnej, za którą oczywiście nie ma kto zapłacić, teraz kiedy problem nabiera coraz większego rozgłosu, wzbiera we mnie ochota by wyjechać ze swoja pracą gdzieś daleko stąd zostawiając cały ten zawodowy szum za sobą. Ale życie potoczyło się swoim rytmem, zaplanowane z góry, chyba gdzieś za moimi plecami. Życie konsekwentnie nie słuchało mojego sprzeciwu, nie godziło się na moje "Nie", natomiast uchwyciło się tylko jednego mojego "Tak" i to właśnie w tamtym momencie, kiedy stałam na rozdrożu, pchnęło mnie w stronę, w którą nigdy nie zmierzałam. A może tylko tak mi się wydawało? Może właśnie to jest to czego podświadomie pragnęłam najbardziej?

God bless online radio. Chociaż w brytyjskich stacjach tak wiele jest gadania i bełkotu, dużo więcej i dużo dłużej niż w Polskich stacjach, to jednak kiedy nie wie nikt, kiedy nikt nie słyszy łączę się z jakąś BBC Radio albo innym kanałem, by choć na chwilę przenieść się chociaż trochę bliżej tam.
Wyjazd do pracy 140 km od domu, od męża, od dziecka, uświadomił mi, że nigdy nie wyjadę bez bliskich na dłużej gdzieś daleko. Wiem, że nie ja jedna jestem w takiej sytuacji, ale to wcale nie pomaga. Na szczęście koniec tego wariactwa jest już bliski.

Przeczytałam artykuł o tym, że kobieta zawsze powinna mieć Plan B. Powinna.
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,139990,19533011,mariusz-szczygiel-chce-sie-jeszcze-niedopuszczalnie-i-zenujaco.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_wysokieobcasy

Na dzień dzisiejszy nie mam planu B. I nie chodzi mi o ten styl życia opisany w artykule. Zdarzają się przecież w życiu sytuacje nieprzewidziane, zdarzenia losowe. A ja nie mam planu B.

Jest jeszcze jedna sprawa. Kobieta - zwłaszcza pracująca - nigdy nie przestaje być matką i gospodynią. Kobieta Pracująca nie ma prawa czuć się zmęczona po całym tygodniu pracy, nawet jeśli jest we wczesnej ciąży. Jazda samochodem również nie ma prawa jej męczyć, nawet jeśli wyjeżdża z domu o 5.30 rano. Nie ma prawa zasypiać za kierownicą samochodu jadąc do pracy kiedy świat budzi się do życia w promieniach wschodzącego słońca.
Kobieta Pracująca nie może odespać w weekend, ponieważ jest również Matką, która musi wstać razem z dzieckiem o 6.00 rano, bo butelka z mlekiem sama się nie zrobi, a pielucha ciężka od moczu po całej nocy sama się nie zmieni. Prawdą jest, że Kobieta Pracująca musi być bardziej zorganizowana. Musi pomyśleć, zaplanować, co kupić wracając z pracy, by dziecko zdrowo jadło. By cokolwiek jadło. Matka-Kobieta Pracująca nie narzeka, nie skarży się, nie oczekuje, nie wymaga od innych, bo nie ma takiego prawa. Nikt jej go nie udzielił. Może starać się dopilnować, by dziecku nikt powtórnie nie założył body obsikanego dzień wcześniej, ale nie zawsze się to uda. W pracy Matka-Kobieta Pracująca-Kobieta Ciężarna pracuje tak samo jak wszyscy inni, bo niby czemu miałaby pracować mniej? Gorzej? Wolniej? W domu musi dopilnować by podłoga była choć trochę bardziej czysta niż zazwyczaj zwłaszcza teraz, kiedy dziecko raczkuje, natomiast toaleta musi być umyta i zdezynfekowana, bo dziecko uczy się z niej korzystać i na przemian trzyma się siedziska i wkłada rączki do buzi.. Kobieta musi o tym wszystkim pomyśleć. Kobieta Pracująca-Matka w domu nie usiądzie, nie poczyta, nie pomarzy o karierze naukowej, bo dziecko akurat uczy się chodzić i jedyne o czym marzy, to być trzymane za ręce i być tak prowadzane 10 metrów w jedną i 10 metrów w drugą stronę po 10 razy, 20 razy, 30 razy... A Kobieta Pracująca-Matka odmówi czegoś sobie, dziecku nie odmówi nigdy.
I nieistotne jest jak bardzo będziesz się starać. W powszechnym odbiorze społecznym jeśli coś będzie źle to i tak będzie to wina Matki. Przecież nikt w pierwszym odruchu nie powie: "Co za Ojciec?! Gdzie był Ojciec?!". Jeśli dziecko będzie miało za małe, czy za lekkie ubranie, pierwsza myśl to "Ale matka je ubrała..!", jeśli będzie marudne czy głodne, większość pomyśli "Czemu matka o to nie zadbała..!"..

Niedługo staże kierunkowe. Noworodki. Choroby wewnętrzne. Chirurgia. I znowu chwila przerwy w pracy. Niby ciąża 14 tygodniowa, a brzuch już widać.
Nie mam planu B. Teraz z dzieckiem, później z dwójką, nie mam planu B. I nie będzie łatwo, gdyż się nie rozdwoję. Dodatkowa praca, jakakolwiek praca, zawsze odbywać się będzie kosztem kontaktu z dzieckiem.
I chyba nie istnieje dobra odpowiedź na pytanie: ile czasu Kobieta mogłaby poświęcić pracy tak, by dzieci na tym nie ucierpiały?

środa, 9 grudnia 2015

88. Nowego dobrego po raz kolejny początki

Nadeszły moi drodzy mroczne czasy. Internet niczym papier przyjmie wszystko, należy jednak nie zapominać o tym, że w internecie nic nie znika bezpowrotnie.

Zmiany zachodzące w naszym kraju skłaniają mnie do zastanowienia się nad tym na ile można sobie pozwolić blogując na jakiś temat. W końcu każdy opisany przeze mnie fakt związany ze sprawami zawodowymi może zostać kiedyś wyciągnięty przeciwko mnie. A ja jestem przekonana, że nie jestem na to gotowa.

W wir pracy rzuciłam się już od pierwszego dnia, na najwyższych obrotach. Szybko rezydenci zostali przydzieleni do poszczególnych odcinków. Podoba mi się to. Podział z rozmysłem. Jestem na patologii ciąży, a więc tam gdzie jeszcze nie miałam okazji pracować. W tempie ekspresowym staram się sobie przypomnieć wszystko to czego dotąd się nauczyłam. Ciężko odgrzebać w głowie wiedzę, którą kiedyś miałam. Częściej muszę sięgnąć po książkę i stare notatki.
Warunki pracy są fajne, dużo okazji by czegoś się nauczyć. Dużo okazji by popełniać błędy.

O dziwo, zastanawiam się nad każdym słowem, każdym zdaniem, które mam napisać. Na ile mogę sobie pozwolić? Czy tak powinno wyglądać pisanie?
Biorąc pod uwagę to jak zmieniło się moje życie, moja plany i zainteresowania to jednak powinnam zmienić chyba nieco profil bloga.
Zastanawiam się.. Do rozważenia.

czwartek, 8 października 2015

87. Żywienie niemowląt i karmienie naturalne

Świadoma częstotliwości z jaką pisałam przez ostatni rok lub dwa, zaczęłam zastanawiać się czy nie zacząć opisywać życia domowego, macierzyństwa, relacji rodzinnych, a także gotowania, sprzątania, prania, jednym słowem wszystkiego co jest modne i w trendzie baby-boom. Po przemyśleniu tematu dochodziłam jednak do wniosku, że nie mogłabym aż tak odsłonić swojej prywatności.
Spędzając w domu długie dni i tygodnie naoglądałam się w telewizji o tym co jest modne, tematy na topie, o czym się mówi. Odniosę się tylko do jednego: karmienie piersią.

Zacznę od tego co uważam za absolutną podstawę: edukacja, edukacja, edukacja, edukacja i jeszcze raz edukacja. Edukacja daje wiedzę, wiedza daje świadomość, a wszystko razem pozwala nam nie tylko podjąć najlepszą decyzję, ale również w niej wytrwać w razie pojawienia się wątpliwości.

W moim przypadku chciałam rodzić naturalnie, skończyło się cięciem cesarskim. W miejscu, w którym rodziłam miałam wrażenie, że tylko jednej położnej zależało na tym by nauczyć noworodka ssać pierś. W efekcie po powrocie do domu zostaliśmy z problemem sami: ja, maluch i mąż ściskający w garści numer telefonu do znajomej znajomego. Telefon ratunkowy do certyfikowanego doradcy laktacyjnego. Zdecydowanie polecam.
Cały proces rozpoczęcia karmienia piersią nie był absolutnie niczym naturalnym i automatycznym, musieliśmy się o niego postarać i o niego zawalczyć. W przeciwnym razie zostalibyśmy przy karmieniu sztucznym, które maluch miał wprowadzone od początku (niestety).

Przede wszystkim doradca laktacyjny wyłożyła nam w trzy godziny całą instrukcję obsługi malucha, krótko, rzeczowo, na temat. Super! W przeciwieństwie do położnej środowiskowej, która okazała się być kobietą latającą po ludziach, zbierającą i roznoszącą dookoła plotki z całego osiedla. Owszem, była miła i sympatyczna, ale absolutnie nic na temat. Żadnej rzeczowej pomocy wobec noworodka.

Temat karmienia piersią jest ostatnio nagłaśniany i dobrze, bo warto o karmienie zawalczyć i każdego do tego namawiam gorąco.
W moim przypadku po pierwsze maluch zasypiał w czasie karmienia, więc trzeba go było cały czas budzić i przypominać żeby ssał. Po drugie: jak już wspomniałam syn nie umiał się przysysać i na początku najbardziej mnie to martwiło, dopóki nie przeczytałam gdzieś jednego zdania: "Dziecko musi się nauczyć ssać i to jest pierwsza umiejętność, którą po urodzeniu musi nabyć." Myśl, że czasami nie dzieję się to automatycznie i że mój syn potrzebuje po prostu czasu by się nauczyć rozwiała moje obawy. Syn nauczył się ssać po tygodniu. Po trzecie przez pierwsze 3 dni rozkręcałam laktację laktatorem. Pierwsza objętość ściągniętego pokarmu? Całe 3 mililitry. A maluchowi trzeba dać 30 ml.. Kolejne ściągnięcie? 7 ml.. Potem 10 ml... 15 ml.... I tak doszliśmy w końcu krok po kroku do zadowalających ilości. Ale wiadomo, ze to nie wszystko. Po ok. tygodniu pojawił się nawał pokarmu, któego można było się spodziewać. Znowu ściąganie pokarmu laktatorem, regularnie, bo najbardziej bałam się o zapalenie piersi. Po czwarte: miałam od początku problem z płaskimi brodawkami. Były zbyt płaskie by syn mógł je dobrze uchwycić. Zanim znalazłam sposób by sobie z tym poradzić minęło kilka dni. I w końcu po piąte: ból brodawek, który towarzyszył mi przez dwa, może trzy tygodnie.. To też daliśmy radę wytrzymać, smarowanie różnymi maściami pomogło i w ten sposób po trzech tygodniach mogłam powiedzieć, że ja i syn nauczyliśmy się karmienia piersią i udaje się nam to bez problemów.

Gdybym na którymkolwiek z wyżej wymienionych etapów odpuściła i zrezygnowała, z karmienia naturalnego nic by nie wyszło. Mąż wielokrotnie namawiał mnie - widząc zwłaszcza jaki ból sprawiało mi na początku karmienie - byśmy przeszli na karmienie sztuczne. Ja jednak postanowiłam wytrwać, bo to ja jestem dla dziecka, a nie dziecko dla mnie.
Nie mówię też o żadnym heroizmie, o nie. Karmienie bolącymi brodawkami to żaden ekstremalny wyczyn. Karmiłam, bo jestem głęboko przekonana o tym jak wielką przewagę nad mlekiem sztucznym ma mleko naturalne i to nie tylko jeśli chodzi o jego skład czy wzmacnianie odporności dziecka, ale również o wpływ na ryzyko wystąpienia w przyszłości chorób tak powszechnych obecnie jak cukrzyca, otyłość, nadciśnienie, zaburzenie gospodarki lipidowej - nawet jeśli nie zostało to jeszcze potwierdzone badaniami naukowymi.

Ostatnim punktem niewątpliwie jest koszt. Koszt karmienia naturalnie i koszt karmienia mlekiem sztucznym. ;) Dopiero ostatnio kiedy zaczęłam przestawiać synka na mleko sztuczne, przekonałam się jak wiele zaoszczędziliśmy w budżecie rodzinnym przez te 7 miesięcy :)

Powinnam wspomnieć jeszcze o tym, że mój synek rósł bardzo szybko, długość i waga były przeważnie w przedziale 75-90 per centyla. Gdybym karmiła go mlekiem sztucznym zastanawiałabym się czy go nie przekarmiam, czy czegoś nie robię źle. Karmiąc piersią byłam pewna, że wszystko jest ok.

Teraz synek ma już pełne 8 miesięcy. Od 2-3 tygodni karmię go mlekiem sztucznym, a raz na dobę karmię piersią. Chciałam ograniczyć laktację po pierwsze by jakoś łagodnie przeszedł odstawienie od piersi, po drugie chcę niedługo wrócić do pracy. Poza tym potrzebowałam sprawdzić ile właściwie synek je na dobę i jakiej wielkości są to posiłki. Pierwszego dnia okazało się że mając skończone 7 miesięcy zjadał jednorazowo 100 ml. To trochę za mało. Dlatego wprowadziłam mleko modyfikowane, a swój pokarm ściągałam laktatorem i podawałam z butelki by uregulować ilość i częstość posiłków. Niestety dla mnie, synek nadal budzi się trzy razy w nocy i zjada mleko. Przez trzy tygodnie nie udało mi się tego wyeliminować, albo to kwestia przyzwyczajenia, albo za mało kalorii dostaje w dzień. W ciągu dnia zjada 5 dużych posiłków, ale nie jest to jeszcze 180 ml mleka jakby wskazywały tabele. Zjedzenie takiej porcji przychodzi mu z trudem.
Decyzję o sprawdzeniu ile zjada podjęłam mając w pamięci jeszcze naukę do egzaminu z pediatrii (który mnie mocno przeczołgał). Wiedziałam, że w tym wieku porcje dla malucha są większe niż mój syn zjadał.
Oczywiście każde dziecko jest inne, nie zmuszam go by jadł na siłę, ale musiałam - po prostu musiałam - wiedzieć ile zjada.

Na koniec dodam jeszcze, że absolutnie nie spotkałam się z negatywnym odbiorem karmienia piersią w miejscach publicznych. Wręcz przeciwnie.
Karmiąc na uczelni w przerwie między wykładami spotkał mnie profesor z Prawa Rzymskiego, sam ma trójkę dzieci, żona jest pediatrą i oznajmił, że absolutnie nie muszę chodzić na wykłady mając w domu takiego malucha. W galeriach handlowych są pokoje do karmienia, z których często korzystałam, dzięki czemu mogłam cieszyć się długimi wiosennymi spacerami trwającymi nawet po 4-5 godzin. Karmiłam też w restauracjach, nikt nic nie powiedział. Zaznaczę też, że nie zmieniałam pieluch w restauracji przy stole :) była kiedyś o to afera w mediach. Moim zdaniem do tego służy toaleta :) nawet jeśli nie ma w niej przewijaka. Wierzcie mi - w powietrzu da się zrobić wszystko :)


Obsługa niemowlaka to skomplikowana sprawa, jednak warta zachodu. Po kilku trudnych chwilach nasz outcome obecnie jest następujący:
-maluch zjada posiłki o godzinie: 5.00 (mleko), 8.00 (mleko), 11.00 (kasza), 14.00 (obiad), 17.00 (kasza), 19.30 (mleko), oraz w nocy - różnie się budzi niestety - czasem np o 22.00 i o 1.30, czasem o 23.00 i 3.00,
-od 16 tygodnia zasypiał wieczorem sam w łóżeczku, potem nastąpił chwilowy regres w wieku 6 miesięcy i mały przez miesiąc spał z nami - już dłużej nie mogłam, wszystko mnie bolało, więc od początku musieliśmy go nauczyć zasypiania samemu w łóżeczku. Udało się. Zasypia sam.
- od 6 miesiąca życia nie ma już smoczka. Odstawiłam i już. Żałuję że w ogóle był wprowadzony, nawet jeśli był on używany tylko do zasypiania.
- od 6 miesiąca, gdy tylko zaczął siadać, zaczęliśmy go uczyć korzystania z nocnika. Wszystko odbyło się bez problemów, nauczył się, a ponieważ jest dużym chłopcem, to od ok. dwóch tygodni używamy nakładki sedesowej. Oczywiście wiąże się to z tym, że ja muszę siedzieć tam razem z nim i pilnować by nie spadł, ale myślę, że to żadne poświęcenie. Teraz "wpadki z pełną pieluchą" zdarzają się sporadycznie i to głównie z mojej winy, gdy zajęta czymś przegapię "ten moment". Poza tym licze na to, że syn zacznie kojarzyć do czego służy toaleta i w jakim celu tam siedzi na tronie :)


Na koniec dodam jedno. Podtrzymuję swoje zdanie, że edukacja, wiedza, świadomość są kluczowe, jednakże w razie odstępstw od reguł i książek nie ma co rozdzierać na sobie szat.
Pediatra na kursie oznajmiła, że jej 10-miesięczne dziecko odmówiło jedzenia jakiejkolwiek żywności dla niemowląt, zupek, papek i przecierków, gdyż zażyczyło sobie stołować się razem z całą rodziną i jeść to samo co oni. Więc maluch je ze wszystkimi np. żurek z kiełbasą.
Może być i tak. Świat się nie zawali.
Moim zdaniem ważne jest by kształtować dobre nawyki żywieniowe. A to wymaga edukacji, wiedzy i świadomości. :)

Edukacja, edukacja, edukacja..
Doświadczenie problemów z laktacją uświadomiło mi jak istotne jest to zagadnienie. Zamierzam w swojej przyszłej pracy poświęcać temu więcej uwagi i zwracać pacjentkom uwagę na edukację w zakresie karmienia piersią. Popieram absolutnie pracę doradców laktacyjnych. Uważam, że taką funkcję powinna pełnić większość położnych w oddziałach położniczych oraz położnych środowiskowych. I funkcja ta powinna być pełniona rzetelnie.
Polecam stronę:  http://kwartalnik-laktacyjny.pl/ oraz http://www.hafija.pl/
Pozdrawiam :)

Niebawem znów zrobi się medycznie i ginekologicznie :)

poniedziałek, 22 czerwca 2015

86. Znów czerwiec

Zaskoczyła mnie, choć nie powinna, myśl o tym, że zakończenie pierwszego roku prawa jest tuż tuż. Zostały mi co prawda jeszcze dwa egzaminy, jeden lekki, a drugi najważniejszy, ale i tak to dobry wynik biorąc pod uwagę, że wszystko prócz Prawa Rzymskiego zdam zanim jeszcze sesja zdąży się zacząć. Średnia ocen też nastraja pozytywnie.
Zaskakujące jest to jak szybko ten rok minął. Jak szybko czas biegnie. Przecież zanim mrugnę trzy razy będzie już ostatni rok i pisanie pracy magisterskiej. Na medycynie pamiętam jak odliczałam "Już dwa semestry za mną, jeszcze tylko dziesięć.." albo "Jeszcze tylko pięć tygodni i trzy dni do sesji, a sześć tygodni i dwa dni do ostatniego egzaminu.."
Tak.. Było zabawnie :) Drugi kierunek studiów jednak studiuje się dużo łatwiej i przyjemniej :)

Czerwiec będzie zawsze dobrze mi się kojarzył :) na studiach najlepszy czas był tuż po egzaminach :) do tego jeszcze zbliżająca się rocznica ślubu.. I ulubione truskawki i czereśnie ;) Same pozytywy :)

Syn mój angażuje się coraz bardziej w życie rodzinne. Nie tylko wstaje bladym świtem by pogadać sobie sam ze sobą i obudzić nas głośnymi westchnięciami, ale również oznajmia swoją obecność głośnymi okrzykami wszystkim sąsiadom, a także angażuje się mocno w pomoc rodzicom, na przykład trzymając rączkami nogi w górze w czasie zmiany kolejnej serii pieluch. Czasem ciepłym strumieniem ubarwi tapetę nad przewijakiem - ot tak dla zmiany klimatu i designu w sypialni.
No cóż, niemowlęta mają swoje prawa.

Jak prawdziwa matka polka mam ostatnio ciągle jedno marzenie - zasnąć snem kamiennym, niczym nie przerwanym, przespać całą dobę i obudzić się wyspana, pełna energii i zapału do działania.
Tak żeby słowa mojego męża, gdy opowiada znajomym: "Tak, MY w nocy śpimy. Przesypiamy całą noc." w końcu okazały się prawdą :)

środa, 29 kwietnia 2015

85. Krótko

Piszę krótko, bo z telefonu, a to ani wygodne ani nastrojowe. Jest prawie w pół do drugiej, a ja jedną ręką jem śniadanie /lunch (= brunch..??), drugą ręką piszę, a nogą majtam wózek z synkiem. Wózek nie jedzie = Potomek nie śpi. Wszystko dlatego, że logistyka w dniu dzisiejszym to mój słaby punkt.
Na starcie mały update. Na początku lutego 6 dni po jednym egzaminie na studiach i 7 dni przed kolejnym urodzilam synka. Od początku był grzeczny jak aniołek i jest taki do dziś. Od 12 tygodni rozumiemy się bez słów. Pierwsza sesja zimowa zdana bez problemów, od jakiegoś czasu staram się też czytać prawo rzymskie,  żeby zdać je latem bez problemu.
O tym jak się spaceruje z wózkiem,  gdzie da się go wprowadzić, a gdzie nie to już oddzielna historia. Podobnie jak to w jaki sposób kobieta daje radę zaspokoić potrzeby męża i dziecka, kiedy to mąż chce rozmawiać lub oglądać film o 23.30, a dziecko chce jeść o 3.00 w nocy i rozpoczynać dzień o 7.30 rano. Doba ma za mało godzin żeby móc spać.
Na dodatek muszę powoli zacząć planować swój powrót do pracy,  to oczywiście nastąpi za pół roku lub więcej, ale -ponownie - ogromne znaczenie ma logistyka.
Co tu dużo pisać,  ilustracje najlepiej oddają to jak wygląda życie na macierzyński macierzyńskim.

http://www.boredpanda.com/funny-illustration-doodle-diary-of-a-new-mom-lucy-scott/


wtorek, 20 stycznia 2015

84. Dare

Za oknem mizerny śnieg. Dawno już nie pamiętam takiej zimy jak w dzieciństwie, ze śniegiem po kolana, kiedy można było toczyć ogromne kule śniegowe i ulepić dwumetrowego bałwana.. O igloo nie wspominam nawet.

Pierwsza prawnicza sesja w toku. Od macierzyństwa dzielą mnie już bardziej dni niż tygodnie.
Sesja trwa, mój mózg odżywa. Uruchamia się jakby na nowo, przeżywa swoje odrodzenie niczym feniks z popiołów. Mogę nie spać. Mogę spać 4-5 godzin, mogę iść spać o pierwszej i wstać o piątej. Czuję się jak superbohater komiksu, który nabiera supermocy.
I dziękuję Bogu, że jestem "stara". Tak.
Że nie jestem wystraszoną dziewiętnastolatką na pierwszym roku. Przez pryzmat doświadczeń wszystko co niby już znane smakuje na nowo, inaczej. Dojrzewanie, dojrzałość, świadomość dojrzałości i jej rozwijanie to jeden, wielki, wspaniały dar.

Dziękuję Bogu, że nie jestem dziewiętnastolatką, której samoakceptacja zależy od aprobaty rodziców. Już nie. Na szczęście można z tego wyrosnąć.
Na wiadomość o tym, że zaczynam studiować Prawo prawie nikt nie zareagował pozytywnie. Większość wrzuciła to do kategorii "kaprys", "zachcianka", "wybryk" kwitując to słowami "po co ci to", "chyba nie myślisz, że skończysz te studia", "to już nie będziesz lekarzem?", "nie będziesz robić specjalizacji?". Negacja, negacja, negacja.
Tylko trzy osoby zareagowały pozytywnie.
Mąż - (raz jeszcze) dzięki Bogu! Jest moim sponsorem :)
Ojciec chrzestny - lekarz i manager,
Moja przyjaciółka ex-współlokatorka - nie zdziwiła się, gdy jej powiedziałam, stwierdziła, że to do mnie pasuje, coś w stylu "właściwy człowiek na właściwym miejscu".

I zastanawiam się dlaczego tak jest???
U progu macierzyństwa zastanawiam się dlaczego wymagania rodziców wobec dziecka na temat nauki, rozwoju i samokształcenia skończyły się właściwie w momencie dostania się na pierwszy rok studiów zaraz po maturze? W wieku 19 lat. Potem jedynie oczekiwanie aby te studia skończyć, na stałym poziomie, bez nacisków. Bez oczekiwania by robić coś jeszcze, coś poza tym.
Z sześciu lat studiów cztery spędziłam ucząc się trzech różnych języków, chodząc na lekcje wieczorami, "po godzinach". Nie pamiętam jakie nastawianie mieli najbliżsi do mojej nauki hiszpańskiego, czy włoskiego, ale jeśli w stylu "po co ci to" to cieszę się, że to do mnie nie docierało i że tego nie pamiętam. Najwyraźniej moje stawianie sobie wymagań i podnoszenie poprzeczki uważano za zbędny wysiłek. No bo po co? Czy ktoś mnie zmusza?
No właśnie.
A czy trzeba się w ogóle zmuszać do tego by się rozwijać? Czy nie można po prostu chcieć?

Nie chcę zatrzymać się w rozwoju na etapie dziewiętnastolatki z pierwszego roku studiów. Chcę więcej. Nie chcę być tylko lekarzem. Chcę być WSZYSTKIM na raz. To źle?
Z całym szacunkiem, ale lekarze w większości są ograniczeni. Najpierw ograniczeni przekonaniem o swojej wyjątkowości, potem ograniczeni ogromem nauki na studiach, później ograniczeni bufonadą i poczuciem swej boskości. Mało kto zajmuje się czymś ponad swoją pracę.
Nie oceniam, nie każę wszystkim by byli znawcami sztuki, muzyki klasycznej czy czegoś tam jeszcze. Chcę by można było porozmawiać o czymś więcej niż tylko o medycynie.

Chcę więcej. Od siebie, od świata. Chcę znać innych ludzi, rozmawiać na inne tematy, dowiadywać się nowych, zaskakujących rzeczy, rozumieć świat lepiej, obserwować dokładniej, wnikliwiej. Chcę widzieć więcej. Czy to źle?

Lubiłam swoje zorganizowane dni na studiach, lubiłam nawał pracy, a im więcej jej było tym lepiej. Później poszłam na staż. I to był najgorszy rok. Zmarnowany rok, ponieważ chodziłam tylko do pracy, wypełniałam obowiązki stażysty i nie robiłam nic poza tym. Stracony rok. Nie nauczyłam się niczego nowego w żadnej nowej dziedzinie. Mój mozg wygasł jak stary wulkan, zwolniłam tempo. Na stażu ma się 26-27 lat i zastanawiałam się czy tak ma wyglądać kolejne czterdzieści lat mojego życia? To już koniec? Nie dowiem się już nic więcej???
Skrzydła wróciły na chwilę, gdy pracowałam na ginekologii. To było coś! Ale kiedy dowiedziałam się o ciąży i wiedziałam, że czeka mnie 18 miesięcy w domu stwierdziłam, że tego nie zniosę. Ja muszę robić "coś jeszcze".

Pamiętam jak czytając "Samotność w sieci" przeczytałam o tym kim jest Wiśniewski i co osiągnął. Pozazdrościłam mu. Zainspirował mnie. Można? Można.
Just dare to do it!

P.S. Mając niecałe dwadzieścia osiem lat zaczynam odkrywać swoją wartość jako człowieka i dopuszczam do siebie myśl o tym, że jestem Kimś. Zaczynam wierzyć, że nie jestem głupia, że zasługuję na lepszą ocenę niż niedostateczny. Czy to cecha studiów medycznych, że trzeba dwój nastawiać, czy na innych kierunkach rozdają czwórki i piątki na prawo i lewo? A może to kwestia dojrzałości właśnie..

P.S.2. Nasz syn będzie miał przechlapane.. Rodzice z doświadczeniem na poziomie studiów wyższych w dziedzinach: medycyna, stomatologia, psychologia, informatyka i prawo...
Na moje pytanie co z niego wyrośnie, mąż zaproponował, że jak go nie będziemy lubić to damy go na polityka ;)

piątek, 14 listopada 2014

83. Mnogość zainteresowań

Ostatnio odwiedziła mnie mama i załamała ręce. Zaczął się trzeci trymestr, a u mnie ani wyprawki dla Potomka, ani łóżeczka, ani w ogóle niczego. Mieszkanie wygląda tak jakby nie spodziewało się wielkich zmian. Nie wiem czy ja się spodziewam.
Wszystko przebiega bez zarzutu, brzuch coraz większy, a ja wydaję się być pogodzona z faktem, że od pierwszych skurczy może minąć długie 18 godzin zanim cała akcja się skończy.
Jak to zwykle szlag mnie trafia z powodu siedzenia w domu, ale podobno dziecko dostarcza wiele rozrywki.

Nic jednak nie zastąpi mi ginekologii.
Nawet nowy kierunek studiów, który podjęłam tylko dzięki temu, że mój mąż jest Najlepszym Z Mężów i mi to umożliwił. Dla "zabicia czasu", oderwania od nudy zapisałam się na Prawo niestacjonarne i obecnie zagłębiam się w odkrywaniu genezy prawa oraz poznawaniu historii prawa w Polsce. co z tego wyniknie - zobaczymy.

Dziś idąc ulicą, na widok karetki pogotowia pomyślałam sobie, że tam gdzieś na oddziałach toczy się życie, tam dzieje się wszystko, a ja tutaj tkwię w miejscu, zamrożona, zahibernowana, uwsteczniająca się medycznie.

Może jest to postawa niepopularna, niewłaściwa moralnie, etycznie, ale naprawdę rozumiem kobiety, które skupiają się na swojej ulubionej pracy, w której czują się spełnione oraz rozumiem to, że chcą być w tej pracy, a nie poza nią.

środa, 13 sierpnia 2014

82. Nagłe zwroty akcji

Patrząc wstecz wydaje mi się, że nie powinny mnie już dziwić nagłe zwroty akcji w moim życiu. A jednak..
Po wyjeździe z małego miasta i dostaniu się na specjalizację w trybie pozarezydenckim, rozpoczęto starania o to bym mogła odbywać szkolenia i staże cząstkowe gdzieś blisko - wtedy jeszcze - narzeczonego. Piszę "rozpoczęto", gdyż ja właściwie byłam przyczyną i zarazem obserwatorem tego jak inni, dobrzy ludzie starają się pomóc mi w zorganizowaniu całego przedsięwzięcia.
Długoby pisać. Organizowanie staży cząstkowych w ramach specjalizacji zajęło dużo czasu. Tak dużo, że prawie się on skończył. Nadal mam nadzieję, że pani z urzędu wojewódzkiego dostała do rąk mój dokument nim minął termin, a ona zamaszystym ruchem wykreśliła mnie z grona osób specjalizujących się ;) Dokument złożyłam do UW w terminie i nikt do mnie nie dzwonił z informacją, że mnie skreślono, więc siedzę cicho i liczę na to, że jest ok.
W tak zwanym międzyczasie podjęłam dyżury w ambulatorium bliżej domu.

Planowałam nie pisać tutaj o życiu osobistym, ale praca i życie prywatne przeplatają się ze sobą i jest to nie do uniknięcia.
Równolegle z wyjazdami do innego województwa w sprawie specjalizacji organizowałam swój ślub. Wyjazdy wypadały w najgorętszym przedślubnym okresie niestety. Na domiar wszystkiego taką "wiśniówką na torcie" okazał się porażający news, że nagle z Nas Dwojga zrobi się Ich Troje.
Wszystko na raz.. Plany trzeba było zmienić raz jeszcze..

Dlatego w pisaniu tutaj szykuje się "mała" półtoraroczna przerwa, bo prócz ambulatorium i pierwszego stażu w ramach specjalizacji nie czeka mnie już nic więcej medycznego, prócz zwolnienia i analizowania Ginekologii i Położnictwa w praktyce. Od kuchni. Od zaplecza. Jak zwał tak zwał..
O życiu prywatnym wolałabym nie pisać. Całe to organizowanie wyprawki, wózek, przemeblowanie w domu, które przed nami.. nie, nie, nie... Nie myślałam, że mnie to czeka, a już na pewno, że nie tak szybko. Już zaczynam tęsknić za pracą na Oddziale Położniczo-Ginekologicznym, a szybciej trafię tam jako pacjentka niż lekarz.. Eh.. A to już czternasty tydzień..

Z całej podniety i ekscytacji medycyną zostały mi tylko gorączki i bóle brzucha w ambulatorium.. Marna pociecha. Tylko jeden pacjent podniósł mi trochę, troszeczkę, odrobinę poziom adrenaliny, którego tak mi brakuje. Przyszedł biedny z zawałem, w EKG STEMI, w wynikach laboratoryjnych troponiny, od razu odjechał na Kardiologię Inwazyjną.
Tylko on jeden.. Eh..

Pozdrawiam Wszystkich :)

sobota, 19 kwietnia 2014

81. Dyżurowe wnioski

Przebój dyżuru? Ość ryby tkwiąca w prawym migdale podniebiennym, bo: "Mamuśka cholera rybą mnie nakarmiła.." Zamiast laryngologa przyjmuje chirurg, poradził sobie ze sprawą, pacjent wpadł do gabinetu: "Dziękuję Pani Kochana! Ości nie ma, wszystko okej!"

Najmniej chorzy najbardziej się pchają. Nie mam siły się bić. Pani starsza vs. Rodzina z babcią na wózku vs. Rodzice z dzieckiem z zapaleniem spojówek.
Nie pchał się w ogóle do gabinetu pacjent z rozciętą ręką, trzy szwy do założenia.

Pani starsza weszła kuśtykając, skierowanie na rtg ma moc uzdrowienia - powód to beatyfikacji? ;) - ściskając skierowanie na wyrwane badanie Pani Starsza wyszła z gabinetu tanecznym krokiem..

Antykoncepcja 72 godziny po to już dyżurowy standard.
Szkoda tylko, że w większości zgłaszają się po nią mężczyźni? ;) Jeśli o nich chodzi to wątpię by Escapelle coś im pomogła ;)

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

80. Ob&Gyn

Po dość długiej nieobecności jestem winna kilka słów wyjaśnienia.

Pomiędzy rozdawaniem zaproszeń, a wybieraniem kwiatów do bukietu musiałam znaleźć czas na stawienie się w odpowiednim urzędzie by odebrać Kartę Szkolenia Specjalizacyjnego z Położnictwa i Ginekologii. :)
Jeszcze tylko formalności związane z zatrudnieniem, zorganizowanie sobie miejsca pracy najbardziej dla mnie dogodnego i rozpoczynam swoją karierę. W końcu!

Ostatnio jednak mam chwilową przerwę w pracy, wymuszoną całym tym procesem, która jednak jest mi na rękę ze względu na załatwianie różnych formalności związanych zarówno z pracą jak i życiem prywatnym.
A prywatnie - dużo bliskich mi osób zaciążyło w ostatnim czasie, więc tematy z mojej dziedziny są wałkowane na okrągło.

Będę miała co opowiadać jak tylko zacznę pracę już w ramach rozpoczętej specjalizacji.
Póki co - kilka drobnych dyżurów w NŚPL.

P.S.1: W ramach rozwijania zdolności manualnych zaczęłam szydełkować..
P.S.2: Każdemu kto chce schudnąć do sukni ślubnej polecam pracę w szpitalu na wysokich obrotach, kilogramy lecą jak szalone, a dodatkowo nocą nie podjadamy, bo człowiek nawet nie ma siły doczołgać się do lodówki ;)

piątek, 21 marca 2014

79. Na wagę złota

Wystarczyłoby założyć działalność, zgłosić do izby, podpisać dokumenty, dojeżdżać 30 minut do pracy, znów mieszkać razem, wziąć 5400 brutto i otworzyć specjalizację.
I byłoby niby ok.

Tylko, że to interna, a nie ginekologia. Internista jest dla nich na wagę złota.

Trzeba czekać na wyniki rekrutacji. I teoretycznie powinnam się z nich ucieszyć. W praktyce oznacza to jednak jeszcze większą odległość między nami niż do tej pory..

sobota, 15 marca 2014

78. No revolution

Na rozmowę z władzą czekałam tydzień. O tym czy w ogóle istnieje możliwość przejścia na kontrakt.
Istnieje.
I podobno powinnam była wybrać tę formę zatrudnienia od samego początku nie tylko ze względów finansowych.

Po słonecznym tygodniu nastał deszczowy weekend. To dobrze, może w czasie deszczu chorzy zostaną w domu, bo w słoneczne dni częściej przychodzą na spacer do lekarza.

Na dobry początek dnia depresja, zapalenie piersi oraz tabletka 72 godziny po dla dziewczyny niepełnoletniej. Zgadnijcie czy wszystkich z nich przyjęłam..
Weekend zaczyna się ciekawie.

piątek, 7 marca 2014

77. Nagły zwrot akcji

Złożyłam w pracy wypowiedzenie.
Postawiłam wszystko na jedną kartę, na niewiadomą. Marna ze mnie hazardzistka.

Ale po kolei.
W aktualnie trwającej rekrutacji na specjalizację wzięłam udział w dwóch trybach. Poprosiłam o jeden dzień wolny, przejechałam 400 km żeby spotkać się z ordynatorem oraz panią dyrektor z dużego szpitala, zdobyłam niezbędne podpisy załączników i przejechałam kolejne 400 km, żeby na drugi dzień normalnie stawić się w pracy.
Wnioski wypełniłam w terminie, niestety z błędami, które poprawiałam ręcznie. Opieczątkowane przeze mnie wnioski wysłałam, zobaczymy czy one w ogóle przejdą. Z tego powodu za trzy tygodnie może się okazać, że zostałam z niczym.

W tym tygodniu przyszłam do pracy normalnie na swój oddział, po czym po dwóch godzinach poinformowano mnie, że dwa dni w tygodniu pracuję na Izbie Przyjęć. I że mam tam natychmiast zejść, bo dziś jest właśnie ten dzień. Zeszłam, przyjęłam pacjenta, a w międzyczasie napisałam najprostszą formułę wypowiedzenia umowy o pracę, którą złożyłam w sekretariacie, otrzymując jednocześnie potwierdzenie, że druk wpłynął do dyrekcji.
Dziś rozkminiam co tu zrobić z umową zleceniem na dyżury w nocnej i świątecznej pomocy.

Żadna z tych decyzji, o których napisałam, nie była łatwa.
Może jestem młoda, ale nie jestem po to by rozstawiać mnie po kątach. Może zareagowałam zbyt emocjonalnie, ale na co innego się umawiałam w trakcie rozmowy o pracę.
Żal mi zostawiać oddział. Szczerze i prawdziwie żałuję, ale z drugiej strony jeśli dostanę pracę (miejsce szkoleniowe!), po którą jechałam 400 km to i tak czekałoby mnie rozstanie z tym Oddziałem, jednak odbyłoby się to na innych zasadach i w zupełnie innej atmosferze.

W poniedziałek dowiem się co dalej..

piątek, 28 lutego 2014

76. Zimny pot

Hazard uzależnia. Adrenalina uzależnia.

Można spędzić noc na dyżurze przyjmując pacjentów, a po krótkim śnie w trybie interwałowym skoczyć na równe nogi nad ranem, by o 5.00 rano działać na bloku operacyjnym. A później o 8.30.. Później o 12.00.. Jeszcze później o 16.00.. Można na dobre zakończenie takiego dnia wskoczyć w auto i ruszyć po zmroku w trasę liczącą 300 km.. Zasnąć o północy, wstać o 5.00 rano i zrobić w ciągu dnia następnego ponad 450 km..

Energia wtedy z pewnością nie jest dostarczana z pożywieniem.. Je się marnie i niewiele, pije dużo wody.

Ostatnio na bloku przekonałam się skąd się wzięło powiedzenie "Oblał kogoś zimny pot".
Pierwszy raz był bez niespodzianek. Pierwiastka. Położenie, ustawienie, ułożenie malucha jak zwykle. Tak jak powinno być. Kiedy było po wszystkim nie pamiętałam nawet czy to był chłopiec czy dziewczynka. A myślałam, że takie rzeczy jak pierwsze wykonane cięcie cesarskie się pamięta.
Nie pamiętałam. Musiałam pomyśleć chwilę. To była dziewczynka.
Drugi raz musiał już czymś zaskoczyć. Bez wód, położenie miednicowe. Dziewczynka o chabrowych oczach. Śliczne oczy.

Licznik ruszył.

piątek, 21 lutego 2014

75. Bez szału

Egocentryzm do kwadratu w moim autorskim wykonaniu oczywiście.
Szykuje mi się zwrot akcji o 180 stopni.

A i owszem, przystępuję do egzaminu LEKko i bez szału.. Szału nie będzie, specjalizacji nie będzie, "nie będzie niczego" powtórzyłabym za słynną kiedyś postacią wylansowaną na pięć sekund przez media..

Bez szału po weekendzie wrócę do pracy. Zacznę odliczać dni do wypłaty oraz dyżury, które chcę mieć przyjemność podjąć w nadchodzącym tygodniu. Nie uciekłam po pierwszym, może będą ze mnie ludzie.. Ekm.. Lekarze.

Eh.. gdybym miała kompas Jacka Sparowa z Piratów z Karaibów, być może pokazałby mi właściwy kierunek, choć bardziej prawdopodobnym jest, że kręciłby się bezlitośnie w kółko niezaprzeczalnie świadcząc o moim niezdecydowaniu.

Kilka dni temu w ramach rozmyślań zajrzałam na starego bloga w roli czytelnika i już na wstępie ubawiłam się czytając stare posty.. :) Na swój sposób bywam bardziej zabawna niż myślę o sobie na co dzień.. Ostatnio oglądałam też jakieś rodzinne video, na którym wyglądam lepiej niż zwykle sama siebie postrzegam.. Jedyny smutny wniosek z tego płynący to taki, że na co dzień jestem trochę niedowartościowana, ale w sumie jakoś żyję i jednak ktoś mnie za coś kocha, więc może nie jest ze mną aż tak totalnie źle ;)

Są dni kiedy czuję się bardziej spełniona układając i segregując w szufladach bieliznę i skarpetki niż kiedy siedzę w szpitalu.
I wcale mi nie jest wstyd z tego powodu. :)

Moje dni sponsoruje słowo Prokrastynacja i cyferka 3.

środa, 12 lutego 2014

74. Dzień po nocy

Pierwszy raz nie bolał. Tym razem.
Dyżur w ambulatorium idealny jak na pierwszy raz. Kilka osób wieczorem, sen od 23.00 do 4.30 rano, pacjentka, sen od 5.00 do 6.50, mocna kawa, pacjentka o 7.30, a 7.50 na mój oddział do pracy.

Największym problemem dyżuru okazała się lodówka warcząca niczym stary ciągnik, która obudziła mnie w nocy chyba cztery razy.. Muszę podkreślić, że sen na dyżurze nie daje takiego poczucia wypoczynku jak sen w swoim własnym łóżku w domu. Na posterunku nie ustawiam się na opcję "Off", ale ciągle jestem w trybie "Stand by".

Dzień po dyżurze okazał się dniem udanym, bo sama wepchałam się i wykonałam pierwszą samodzielną histeroskopię. Doktor nie był od początku pozytywnie nastawiony, bo szyjka macicy krótka, a kulociągi popaprane, bo nie chwytają i nie trzymają tkanki tak jak trzeba. Tym razem to doktor trzymał wziernik, a ja wzięłam sprawy w swoje ręce. Zmierzyłam długość macicy, hegarowałam, ustawiałam histeroskop, oglądałam jamę, usunęłam polipy i pobrałam wycinki.
Doktor zadowolony, bo się udało, instrumentariuszki zadowolone, że po robocie, ja zadowolona, bo poszło szybko i sprawnie.
Feels good. :)

wtorek, 11 lutego 2014

73. 18.00 - 8.00

Nocna Świąteczna Pomoc Lekarska po raz pierwszy..

Papierów do napisania więcej niż pacjentów ;) względny spokój.. Do czasu? Być może..
Jeszcze 10 godzin 20 minut.. :)

wtorek, 21 stycznia 2014

72. Dwa miesiące

Początki są trudne. Pierwsze dni i tygodnie nowej pracy są trudne.
Po dwóch miesiącach mogę powiedzieć, że w miarę ogarniam co z czym i do czego. Już nawet nie chodzi o część zabiegową, ale o papiery oraz o to jak połączyć statystykę z kodami ICD-10, ICD-9 i jak skleić to w jedną całość, która będzie wszystkim pasować począwszy od pacjentki aż po NFZ.

Do domu wracam zmęczona.
Robiąc USG dzieciaki w brzuchu kopią sondę, dostają czkawki, ssą kciuk, chowają nogi tak, że na próżno szukam długości kości udowej, zakrywają pępowinę i generalnie przeważnie robią sobie wszystko co chcą, a Ty człowieku baw się z nimi sondą w berka i chowanego.

Pacjentki jak czegoś chcą to współpracują i są grzeczne. Jak zależy im na tym żeby urodzić i przepchnąć z sukcesem malucha przez kanał rodny, wtedy cierpliwie milczą. A kiedy po porodzie - nawet bardzo męczącym - chce się założyć im 5 szwów na krocze to przy czwartym wzdychają "Czemu tak dłuuugo?" i przewracają oczami.
Przejaskrawiam oczywiście, bo czasem zamiast pięciu szwów jest dziesięć na przykład. Co nie zmienia faktu, że nagle zaczyna im się dokądś spieszyć i najchętniej by już wstały i sobie poszły.

Kilka Pań przyszło do szpitala jak do zakładu usługowego. Nazywam się tak i tak i przyszłam po to żebyście wyciągnęli ze mnie dziecko. Życzę sobie badanie to i to, wykonane przez tego i tego lekarza, a wyciąganie dziecka chcę jutro o godzinie 8:37 rano. Proszę o wykonanie według życzenia klienta. Płacę składki to wymagam. Dziękuję. Do widzenia.

Eh.. No to do widzenia.

czwartek, 16 stycznia 2014

71. Abrazja diagnostyczna

Wpadłam do gabinetu chwilę po porodzie fizjologicznym. Nie moim oczywiście.
Słyszę: powiedz nam jak się wykonuje abrazję diagnostyczną?
-Yyyy...? - wyrwało mi się cicho.. Przemyślałam pytanie i powoli, zacinając się zaczęłam mówić oczywiście w towarzystwie podpowiedzi specjalisty, autora pytania:
- Po założeniu wziernika zakładamy kulociąg na przednią wargę szyjki, czasem zakłada się też drugi kulociąg na tylną wargę, w każdym razie wszystko po to by mieć dobry dostęp do kanału oraz wyprostować sobie zagięcie między szyjką a trzonem i mieć dobry dostęp do jamy. Wprowadzamy sondę aby zmierzyć długość/głębokość jamy i kanału żebyśmy wiedzieli jak daleko wolno nam wprowadzić łyżkę. Później hegarowanie - zacząć od takiego rozmiaru Hegara jaki uda nam się wprowadzić pokonując delikatnie opór w kanale i ujściu wewnętrznym. Małą łyżką łyżeczkujemy kanał szyjki pobierając materiał do badania. Łyżkę nieco większą wprowadzamy powoli do jamy macicy, narzędzie trzymamy bardzo luźno i delikatnie, tak by łyżka wysunęła nam się z palców, gdy osiągnie dno macicy. Zdecydowanymi mocnymi ruchami pociągamy łyżką do siebie i tak raz koło razu na przykład zgodnie z ruchem wskazówek zegara łyżeczkujemy jamę. Na koniec pobieramy wycinki z szyjki, materiał wysyłamy na diagnostykę hist-pat.

W tym czasie zajrzała do gabinetu położna: "Pacjentka gotowa." i chwilę później pod okiem specjalisty wykonywałam zabieg.

Kilka dni temu zaliczyłam marsupializację torbieli gruczołu Bartholina.
Naciąć na krzyż, ewakuować ropną treść, włożyć palec do środka i skontrolować jamę przerywając delikatnie palcem ewentualne przegrody. Później przyszywamy brzegi rany do skóry zwracając uwagę na to by igłą złapać również brzeg ropnia, który nacięliśmy.

Jednym słowem uczę się czegoś nowego.

niedziela, 29 grudnia 2013

70. Cięcie

Kiedy mówiono mi, że nici chirurgiczne przy wiązaniu przecinają palce myślałam, że to bujda. Od piątku sama mam poprzecinane palce i bolą ;(
Pierwszy raz stanęłam do cięcia jako jedyna asysta. Mój nauczyciel to doświadczony operator, więc się nie bałam, zresztą nie było czasu się bać. Zastanawiam się co bym tu mogła opowiedzieć - ..."cięciem poprzecznym otwarto jamę brzuszną...", zdrowy płód wydobyto szybko, później operator zajął się macicą. Ja nie chciałam jeszcze jej szyć, to jednak macica i powinna być zrobiona na dwieście procent dobrze. Do mnie należało zszycie powięzi, podskórnej i skóry szwem śródskórnym - dlatego chyba to było jedno z dłuższych cięć ever ;)

Świąteczna objazdówka zakończona, a św. Mikołaj był bardzo hojny w tym roku. Może to przede wszystkim dlatego, że Mój Mikołaj jest naj-! Naj-! Najlepszy na świecie ;)
I tylko jak to zrobić, żeby do tego mojego Mikołaja wrócić jak najszybciej? Hm..

P.S.: Byłam przekonana, że przeprowadzka i praca w nowym miejscu nie będzie mnie strasznie stresować i nadal mi się tak wydaje.. Okazało się jednak ostatnio, że znów schudłam i ważę mniej niż kiedykolwiek na studiach lub a czasie studenckich sesji.. Hm...

czwartek, 19 grudnia 2013

69. Jedna na dziesięć

Nie chcę wprowadzać wydumanej statystyki, kłamliwej, takiej ściągniętej z sufitu, ale dziewięć na dziesięć kobiet przychodzących na ginekologię do planowanych zabiegów jest w pełni zdrowa, ewentualnie są pod kontrolą specjalistyczną choćby z powodu początków cukrzycy. Jedna na dziesięć naprawdę "coś" ma.

Dziś trafiła mi się jedna na dziesięć. Ale zacznę od tego, że cały dzień dosłownie nie miałam chwili żeby usiąść. Albo było tyle pracy, albo ktoś mnie wykorzystuje. W każdym razie starałam się wyrabiać z robotą, skończyć wypisy, zajrzeć na blok porodowy, nie zemdleć przy porodzie i odbierać wszystkie telefony z innych oddziałów. O 13.00 nie miałam siły wstać z krzesła, a jeszcze czekała przede mną historia pacjentki do zbadania. "Nie ma co, trzeba iść." pomyślałam. Pacjentka oprócz tego, że miała wadę zastawki mitralnej, nie przyznała się, że "coś wyszło" przy badaniu piersi. Zbadałam, "coś" wielkości dużego winogrona w jednej z piersi. Hm... Później już dowiedziałam się, że ordynator o tym wie i że ochrzaniła delikatnie pacjentkę za bagatelizowanie sprawy. Czeka ją skierowanie do specjalisty. Ale czy pójdzie?

Nauka dla mnie: choćbym padała na twarz lub zasypiała na stojąco - myśleć o wszystkim, badać wszystko, nie pomijać niczego.

Ostatnio też pojechałam po 21 do szpitala wziąć udział w porodzie fizjologicznym. Ciągle uczę się oceniać szyjkę i ile jest rozwarcia. Dziś też był fizjologiczny, obie Panie wieloródki, po pęknięciu pęcherza płodowego poród ładnie przyspieszał i maluchy rodziły się bardzo szybko, bez nacinania krocza. Wcześniej w tamtym nocnym porodzie, po urodzeniu dziecka łożysko u pacjentki ładnie się oddzielało, więc pokazano mi jak je dobrze wydobyć i ocenić jego wygląd. Po tamtym nocnym porodzie do domu wróciłam kiedy w radiu zaczynały się właśnie wiadomości o godz. 1:00 w nocy.
No cóż, trzeba - żeby się nauczyć.

PS. Czasem mam wrażenie, że ktoś na moich potknięciach próbuje wypaść lepiej. I to nie pierwszy raz odkąd tu jestem..
Dziś skrótami myślowymi opisując poród, amniotomię określiłam słowami "położna zrobiła dziurkę", co spotkało się z gromką salwą śmiechu i odpowiedzią, że położna zrobiła amniocentezę.
Zaśmiałam się również, choć nie bez zawstydzenia, bo pomyślałam, że pojęcia mi się pomieszały, ale wróciłam do domu i sprawdziłam. Amniotomia to jedno, amnioskopia to drugie, a amniocenteza to trzecie.
Ciocia wikipedia poucza, że Bręborowicz używa zamiennie słów amniopunkcja i amniocenteza, natomiast Troszyński używa słowa amniocenteza jako synonimu amniotomii.
Jak dla mnie amniocenteza to nie amniotomia.

Szczerze? Wkurwia mnie robienie ze mnie pajaca po to żeby było śmiesznie..

Here we go:
Amniocentesis (also referred to as amniotic fluid test or AFT) is a medical procedure in which a small amount od amniotic fluid, which contains fetal tissues, is sampled from theamnion or amniotic sac surrounding a developing fetus, and the fetal DNA is examined for genetic abnormalities.

Artificial rupture of membranes (AROM), also known as an aniotomy, may be performed by a midwife or obstetrician to induce or accelerate labor. The membranes may be ruptured using a specialized tool, such as an amniohook or amnicot, or they may be ruptured by the proceduralist's finger.

Eh.. I na koniec dnia myślę sobie "K..wa.."...

środa, 11 grudnia 2013

68. Step by step

Do małego szpitala trafia wszystko z okolicy, jak leci. Zdarza mi się wzdychać i myśleć OMG.

Long story short przyjeżdżają dziewczyny najróżniejsze - od takiej, która powinna była ze skierowaniem zgłosić się do ośrodka referencyjnego, bo w immunosupresji po przeszczepie, jara jak smok, a na dodatek przestała brać leki, więc przeszczep zaczyna odrzucać - przyszła do małego szpitala w pierwszym okresie porodu.. po dziewczyny w ciąży, które albo popieścił prąd z lampek choinkowych, albo są opóźnione i nie rozumieją o co się je pyta, nie wiedzą nawet kiedy mogły zajść w ciążę, bo nie liczyły kiedy była miesiączka. Przychodzą dziewczyny garujące, świętujące toastami domniemane niezaciążenie, również takie, które toastami świętują zajście w ciążę.
Tyle ile kobiet, tyleż opowieści.

I'm sorry, ale nie spotykam na co dzień kobiet pachnących, zadbanych, z karierą i pieniędzmi, które tygodniami czytają poradniki jak być zdrową w ciąży, które płacą dużą kasę za USG 4D, które pilnują czasem lepiej niż lekarz ile brać magnezu, kwasu foliowego i witamin B, które po prostu o siebie dbają.

Nie wolno mi nikogo oceniać. Nie wolno żadnemu z nas nikogo oceniać pod żadnym pozorem. Czasem sobie tylko myślę, jakie to życie jest popaprane. Gdzieś tam w świecie jakaś kobieta dba o siebie, stara się o tę jedną wymarzoną ciążę jak tylko może i walczy o każdy dzień życia dziecka, gdzieś w świecie rodzą się dzieci niechciane, gdzieś jakaś kobieta przeżywa któreś z kolei poronienie, a tymczasem ja tu siedzę z dziewczyną nieświadomą czym jest ciąża, jak wpływa alkohol na mózg 8 tygodniowego płodu i w sumie sprawia wrażenie jakby to lekarzom w tej sekundzie bardziej zależało.
Nie wolno mi oceniać. Nie wolno.
Życie.

A ja naiwna byłam przekonana, że już mi przeszło myślenie o życiu, pracy, ludziach z taką wiarą, że wszyscy są dobrzy! Że wszystkim zależy by było dobrze! I myślałam o tym tak bezkrytycznie!
Życie.

Na bloku natomiast zawsze jest fajnie. Pacjentka śpi, brzuch otwierany cięciem poprzecznym, dokopujemy się do tego co trzeba usunąć, wydobywamy, wywalamy, łatamy, zamykamy :) Albo wchodzimy kamerą do jamy macicy, szybka ocena, po niej łyżeczkowanie i gotowe. Szybko i z efektem.

Od czterech tygodni jestem osobą towarzyszącą. Towarzyszę w szyciu krocza, histeroskopiach i asystuję w operacjach, uczę się szyć. Uczę się badać pacjentki ciężarne i nieciężarne, opisywać badanie ginekologiczne, zlecać badania i leki adekwatnie do potrzeb. Nadal jeszcze robię to wszystko trochę koślawo.. ale uczę się. Na zabiegówkach wiadomo, że w grudniu im bliżej świąt tym mniej roboty, bo punkty już prawie wyrobione, bo od stycznia nowy kontrakt, bo kobiety nawet rodzić przestają, gdyż przecież trzeba karpia oprawić i dwanaście potraw przygotować, a potem w sylwestra choć łyk szampana wypić. A gdy już wypełnią te obowiązki należące do niewiast, zdecydują, że czas wydać na świat potomka i przyjdą rodzic wszystkie na raz.

Mam nadzieję, że przyjdą, bo przecież ja muszę się uczyć! ;)

niedziela, 1 grudnia 2013

67. Dwa tygodnie później

Nadeszła taka pora roku, gdy za oknem ciemno jest o świcie kiedy szykuję się do pracy oraz kiedy z pracy wychodzę po godzinach i wracam do domu. Przyzwyczajona do dużego miasta, w którym prywatne sprawy nie raz załatwiałam po godzinie 20.00, musiałam na nowo odnaleźć się w rzeczywistości, w której  pocztę zamykają o 17.00, a sklepy o 18.00, najpóźniej o 19.00. Ciężko się zorganizować zwłaszcza w dni, w które wychodzę z pracy za piętnaście piąta. Bywają dni, kiedy nie mam czasu skoczyć w pracy na 30 sekund do łazienki.

Na początku myślałam, że będę w stanie opisywać co nowego udało mi się nauczyć każdego dnia. Po pierwszym tygodniu wiem, że się nie da. W domu pochłaniam szybko obiad, siadam na kanapie przed TV, niby chcę odpocząć, ale tak naprawdę to nie mogę się z tej kanapy podnieść. Potem na 15 minut oczy same mi się zamykają i na krótko urywa mi się film. W drugim tygodniu pracy zaczęłam zostawiać rano rozłożone posłane łóżko. I tak po powrocie z pracy padnę na nie i już nie wstanę. Podniosę się dopiero rano.

Ja i On mieszkamy teraz osobno. On w dużym mieście, ja na Alasce. Z powodu głupich weekendowych dyżurów widujemy się co drugi tydzień w weekendy. Oboje wolimy wszystko robić razem - gotować, sprzątać, prać, prasować. Po prostu żyć. Ale póki co się nie da. Osobno nawet sen jest jakiś taki nijaki. Przyszła do mnie taka myśl, że może rzucić to wszystko w pizdu i wracać do Niego? On mówi, że to zły pomysł, żeby na razie było tak jak jest. Żebym się uczyła tego co później będzie mi potrzebne.

A żeby nie było żadnych wątpliwości i żeby nie przekłamywać rzeczywistości to mówię wprost: ja nie mam otwartej specjalizacji i nie uważam się przez to w jakiś sposób gorsza od innych. Tym razem nie było takiej możliwości. Może następnym razem. A może jeszcze później. Pracuję na Ginekologii - tak jak chciałam. Uczę się tego czego chciałam i nawet wiem na pewno, że uczę się więcej niż niejeden ex-stażysta w dużym szpitalu. A formalności? Jeszcze zdążę jakoś to załatwić..
Jestem dumna, że pracę zaczęłam niemalże zaraz po stażu i uniknęłam rejestrowania się jako bezrobotny, żeby zapewnić sobie ciągłość ubezpieczenia.

piątek, 15 listopada 2013

66. Mój Przystanek Alaska S01E01

Let's begin..
Być może niektórzy z Was pamiętają amerykański serial "Przystanek Alaska", a przede wszystkim to jak się rozpoczyna.. Ja zaczęłam dziś mój "Przystanek Alaska". Season 01 Episode 01.

Dzień pierwszy: papierologia. A raczej jej brak. Umowa będzie w poniedziałek, stawka też. W zamian za to na dobry początek dostałam hasło "Sezamie otworz się" na parking dla pracowników. Choć nikt nie obiecuje, że o 7:25 rano będzie tam wolne miejsce.

Pacjentka zapytała położną czy pamięta ile porodów już odebrała. Nie sposób zliczyć. Wie tylko, że jedno z pierwszych odebranych dzieci ma dziś 33 lata i ma już swoje dziecko. Ciekawe kiedy ja przestanę liczyć. A kiedy zacząć? Kiedy uruchomić licznik?
Jedno wiem. Zdam się na położne i ich 30-letnie doświadczenie w zawodzie. Niech mnie uczą.

Pobieżnie przejrzałam dziś karty pacjentek. Miejsca, które normalnie wypełniają studenci/ stażyści/ młodzi rezydenci w szpitalach klinicznych, na mojej Alasce wypełniają położne. W istocie zacne kobiety.

Aha - o dziwo nie zemdlałam jak to zwykle w moim przypadku bywało.. ;)

sobota, 26 października 2013

65. Zamiast..

No nie można mieć wszystkiego.

Zebrało mi się ostatnio na przewartościowania mojego świata.
Zamiast zawodowych wojaży po Europie - mały kąt w Ojczyźnie. Zamiast struggling at work abroad - borykanie się z pracą i w pracy na miejscu.
Zamiast pakowania walizek - strojenie się w białe sukienki.
Zamiast szeroko zakrojonych rozważań i konsultacji - rozmowy tylko z jednym człowiekiem.

Staż się kończy, czas do prawdziwej pracy.
Jeszcze chwila, jeszcze trochę i wszystko stanie się jasne.

Nadal jestem miłośniczką Wysp Brytyjskich i znów tęsknię za Deszczową Wyspą. Dla lubiących ciekawostki i medyczne skandale polecam wpisać w wyszukiwarkę hasło Stafford Hospital scandal oraz dr Daniel Ubani.

czwartek, 12 września 2013

64. W trybach tryby zaskoczyły...

Tryb jako-taki, tryb owaki... Tryb rezydencki, pozarezydencki.. Pozarezydencki ze specjalizacją, bez specjalizacji... O maj gad....
Moje tryby zaskakują bardzo powoli.. "Jezus Maria nie ogarniam..."

Z bólem głowy dzwonię, pytam, próbuję zrozumieć.. Już coś świta.. No bo jak tu działać, żeby zdziałać zatrudnienie i nie zostać niespotykanym zjawiskiem - lekarzem bezrobotnym? ;)

Rezydentury ogłosili, podobno rzucili nam ich hojnie, ale oczywiście nie wszystkie specjalizacje są dostępne, więc co tu zrobić.
Jak zwykle interny i rodzinnej jest Ci dostatek.

Jedno wiem. Brytyjczycy w swej irytującej skrupulatności utworzyli odpowiednie strony www poświęcone tylko i wyłącznie zasadom jakie obowiązują aplikując na staż, w trakcie stażu, aplikując na specjalizację oraz generalnie opisujące jak kierować swoją medyczną karierę. Na tych stronach można było znaleźć odpowiedź na absolutnie każde pytanie, można było rozwiać każdą wątpliwość jeśli tylko wiedziało się gdzie szukać i szukało dość dokładnie.
U nas trzeba dzwonić, a Panie w urzędach powtarzają i tłumaczą po stokroć wyjaśnienia tych samych procedur. No cóż, może tak jest wygodniej? Nie wiem.

środa, 28 sierpnia 2013

63. W WKU

Ech, najwyraźniej nastał dzień, w którym pozazdrościłam koleżankom, że nieco ponad rok temu dostąpiły zaszczytu stawienia się na komisji w WKU.
Wynalazłam więc jakiś prywatny interes do panów wojskowych, wskoczyłam w auto i pognałam do jaskini mundurowych.

Już drzwi wejściowe stawiły mi opór, gdyż oczywiście pchałam nie w tę stronę.. Gdy znalazłam się już w środku, pan ochroniarz zza szybki spytał uprzejmie w czym może pomóc. Łamaną polszczyzną wytłumaczyłam najlepiej jak umiałam o co kaman, po czym na prośbę strażnika wręczyłam mu mój dowód osobisty. Pan spisał mnie i polecił udać się do pokoju nr 14.
Znalazłam pokój, znalazłam Pana, z którym miałam rozmawiać i śmiało zaczęłam wykładać swoją sprawę. Och, ileż ja się dowiedziałam o szkoleniach jakie mogą mnie czekać przed wstąpieniem do rezerwy! :) Na koniec okazało się, że człowiek, który mógłby mi pomóc nieco więcej jest właśnie na urlopie, podziękowałam więc i wychodząc zderzyłam się na korytarzu z trzema młodzieńcami prawdopodobnie wstępującymi właśnie do mundurowych.
Zmierzyli mnie wzrokiem od stóp do głów, ale co tam..

W sumie - mogli się trochę zdziwić, bo jako potencjalną poborową, która deklaruje chęć czołgania się w błocie, mieli przed sobą wymalowaną, długowłosą blondyneczkę, w różowej koszuli, różowych paznokciach, białych spodniach, białej torebeczce i błękitnych sandałkach...
Ale wizja tego ciekawego obrazka dotarła do mnie nieco później ;) Wtedy, kiedy drzwi wyjściowe znów stawiły mi opór, bo pchałam w złym kierunku ;)

wtorek, 20 sierpnia 2013

62. Doktor z Leśnej Góry

Gdzieś w małym szpitalu na peryferiach dyżurował sobie młody Pan Doktor.
Pewnego dnia na jego widok salowa wykrzyknęła na całą Izbę Przyjęć:

"Ja nie mogę, co ja widzę?! Dwadzieścia lat pracuję i jak żyję pierwszy raz widzę żeby doktor sam pacjenta wiózł na wózku! Normalnie Doktor z Leśnej Góry!"

No i tak już zostało. Doktor Leśna Góra.
Mój własny prywatny Doktor Leśna Góra :)

niedziela, 4 sierpnia 2013

61. Rozkminy

Okey.. Zaczęłam uczyć się do LEKu. Mam za sobą dopiero jedno podejście, więc jeszcze wszystko przede mną.
Na specjalizację przeze mnie wybraną nie jest łatwo się dostać, ale z drugiej strony coraz częściej zastanawiam się czy w ogóle warto..?

Na razie siedzę i rozkminiam testy - są takie pytania, których nie powinni zadawać, bo odpowiedzi są niejednoznaczne, ale w sumie to co ja tam wiem..?
Opadły mi emocje związane z wyścigiem po punkty na LEKu, zaczęło mi to wisieć, a gdy ktoś mnie o to pyta wzruszam ramionami. Celowo i skutecznie nie widuję się z nikim ze stażystów, żeby nie wchodzić na temat specjalizacji i rezydentur. Będę kim będę, whatever.. Przecież to będzie tylko od 8.00 do 15.00, bo i tak ważniejsze dla mnie jest wszystko to co będzie czekać na mnie w domu ;)
W dodatku dostałam niedawno złotą radę od kogoś kto przeżył już prawie 30 lat w lekarskim małżeństwie: "Kiedy jedno z was więcej pracuje, drugie powinno mieć mniej absorbującą specjalizację, tak żeby móc spędzać więcej czasu z dziećmi. Zobaczysz.." I ja już wiem na kogo to wypadnie.. Na tego bęc..

Wspomnę jeszcze, że czas urlopu wykorzystałam standardowo jak każdy szanujący się typowy Polak - na sprzątaniu i pracy tak, żeby po urlopie wrócić jeszcze bardziej zmęczona niż, gdy na niego się wybierałam.
Paradoksalny jest w Polsce tytuł urlopu wpisywany w papiery "Urlop wypoczynkowy" :D No nie dla każdego ;)

poniedziałek, 1 lipca 2013

60. Domowy wskaźnik stężenia CO

Przypomniała mi się taka historia, nijak nie pasująca do aktualnej pory roku.

Zima. Dom jednorodzinny. Z powodu uczulenia dziecka na pierze papug, klatka z ptakami została przeniesiona do łazienki. Domownicy lubili częste kąpiele w gorącej wodzie. W łazience znajdował się piecyk ogrzewający wodę, ale ponieważ znajdował się również kanał wentylacyjny nikt nie obawiał się, że w piecyku może następować niepełne spalanie CO2. Do czasu.

Pewnego wieczora, po kąpieli zażytej przez któregoś z kolei domownika padła jedna z papużek falistych. Nie wzbudziło to niczyich podejrzeń aż do momentu, w którym w niedługim czasie padła druga papużka. Dwa zgony skojarzono z powracającymi bólami głowy domowników i zaczęło się krótkie lecz owocne dochodzenie.
Winowajcą okazały się kawki, których gniazdo założone w kanale wentylacyjnym skutecznie utrudniało dopływ świeżego powietrza.

Tak, wiem. Historia wprost mrożąca krew w żyłach. Biedne papugi poświęciły swoje życie dla ratowania podtruwających się tlenkiem węgla właścicieli.
Ciekawe natomiast wydały się mi pytania jakie pojawiły się w mojej głowie, gdy przypomniała mi się ta historia..
Jakie jest powinowactwo CO do krwinek czerwonych papużek falistych? Jak się ma ono do powinowactwa CO do Hb człowieka?
Jakie stężenie we krwi ptaka musi osiągnąć CO, żeby stało się ono śmiertelne dla domowego zwierzaka? Czy słusznie połączono fakt zgonu papużek z przypuszczeniem wydzielania się CO?

Wiem, marny ze mnie Sherlock. Razi taniochą i kiepskim kryminałem ;)

czwartek, 27 czerwca 2013

59. Rzeczowo

Witam wszystkich po dość długiej przerwie.

Stażowanie jednak nie przypadło mi do gustu tak zupełnie do końca. Może dlatego, że moim skromnym zdaniem jesteśmy tylko lekarzami, którym przez rok ograniczone prawo wykonywania zawodu wiąże ręce? A może dlatego, że ten okres fascynacji "żywą", namacalną medycyną, który normalnie przypada na staż, w moim przypadku przypadł trochę na okres Erasmusa, a trochę na VI rok, gdy zafascynowały mnie sale operacyjne.
Taaaak. To był dobry czas. To właśnie powinno przeżywać się na stażu. Fascynację, która przeradza się w marzenie o danej specjalizacji. Czas, w którym problemem w ogóle nie jest wstawanie o 6.00 i bieg w mroźny poranek na 7.30 do szpitala tylko po to by obserwować życie oddziału i choć na chwilę poczuć się częścią zgranego teamu, który tam pracuje.

Tak powinno być, ale tak nie jest. A marzenia pozostaną tylko złudzeniami.
Nie zawsze trafiamy tam gdzie byśmy chcieli, a nawet jeśli nam się to uda, to realia pracy oraz rzeczywisty brak współpracy albo życzliwości w teamie sprawi, że mrzonki szybko rozpływają się by odsłonić nam nagą prawdę o tym z kim pracujemy. I albo się dostosujemy albo czeka nas zmiana miejsca pracy.
Normalna kolej rzeczy.

Z drugiej strony moje życie samo sobie pisze dość ciekawy scenariusz do Teatru Życia, w którym wszystko rozplanowane jest zaskakująco zmyślnie w czasie, logicznie i konkretnie. Na studiach pierwszą rolę grała nauka, życie prywatne ruszyło się w drugim akcie pt. "Staż" kiedy to jest dużo czasu na to by swobodnie zdurnieć od zakochania i powoli odzyskiwać zdrowy rozsądek. Później można się spodziewać rozwoju na polu zawodowym i prywatnym i trzymać kciuki by wszystko układało się pomyślnie.

Nie to, że ze mnie wielki kujon, albo że mam wielkie ciśnienie na cokolwiek - bo nie mam, przedwcześnie przestaje mi zależeć, albo przedwcześnie się poddaję - w każdym razie zostało mi jeszcze jakieś dwa tygodnie do urlopu i mam zamiar wykorzystać je na powolne powtórki testów, bo po urlopie czas będzie zacząć ostrą jazdę po testach.
Aha..już to widzę.. ;)

niedziela, 26 maja 2013

58. Założenia

Dzisiaj życie delikatnie mną wstrząsnęło.

Dla tych, którzy nie pamiętają - IV rok studiów spędziłam na wymianie we włoszech. Poznałam wielu miejscowych, młodych ludzi niezwiązanych z medycyną, bo ci medyczni zadzierali nosa i starannie pielęgnowali w sobie swoje poczucie wyższości. Nie wszyscy, ale większość z nich. Natomiast młodzi niemedyczni byli spoko - mili, sympatyczni, otwarci, optymistyczni.

Taki właśnie z pewnością był o rok starszy ode mnie Mario. Kumplowaliśmy się i często wychodziliśmy wspólnie wieczorami na miasto, na drinka.

Mario, 27 lat, wyjechał popracować do Australii żeby podszkolić swój angielski, bo faktem jest, że rozumiał po angielsku, ale sam niewiele umiał powiedzieć.
Dziś dowiedziałam się, że w restauracji w której pracował, znaleziono go martwego, w łazience. Sekcja zwłok ma wyjaśnić dlaczego. Jego mama poleciała dziś do Australii dowiedzieć się co dalej.

Ech..
Wszyscy brniemy przez to życie skupiając się na sobie i zakładając, że kiedyś będziemy mieć lat 30, 40, 50, 70, a może i więcej.. Będziemy odnosić sukcesy w pracy, będziemy mieć rodziny, dzieci, wnuki.
I nagle coś idzie nie tak..
Żal mi jego mamy. Podobno pustka po stracie dziecka jest ogromna i nie do zapełnienia.

piątek, 10 maja 2013

57. SOR

Ostatnio w bardzo miłym towarzystwie stażuję na SOR.
Chciałabym bardzo opisać dokładniej co tam się dzieje, ale dziś po całym tygodniu padłam na kanapę i ledwie ruszam każdym nawet najmniejszym paliczkiem ;)

Co dla mnie istotne: zagościła u nas dziewczyna z UK. W skrócie: zaczęła Med School w PL, po tym jak spędziła wakacje w pracy na wyspach, wróciła, wzięła dziekankę, wróciła na wyspę, pracowała, zdała IELTS, dostała się do Med School w Londynie i tam skończyła medycynę. W sierpniu zaczyna Foundation Year 1.
Yay! OMG I'm SO jealous.
Serio.

Miałam dużo przyjemności z rozmów z nią, porównywania obu systemów pracy, opieki nad pacjentem, NFZ vs NHS i tak dalej.
Marzenia o UK wróciły. Może i ja jeszcze kiedyś wrócę tam na trochę..?

I jeszcze jedno: czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego do zapisu wyniku pomiaru ciśnienia używa się skrótu RR?
Skoro używamy coraz częściej i coraz więcej skrótów medycznych zapożyczonych z angielskiego, dlaczego więc nie zamienić "RR" na ABP = arterial blood pressure? Przecież po angielsku RR = respiratory rate.
Pomijam fakt, że w małym powiatowym szpitalu heart rate czyli HR zapisywano jako CS czyli "czynność serca". Przecież to oczywiste ;)

Ciekawe czy kiedykolwiek język angielski opanuje medycynę w takim stopniu jak kiedyś łacina?

środa, 24 kwietnia 2013

56. OIT

Osiem łóżek, osiem respiratorów, osiem ciał. Aha, jeszcze separatka.
Osiem ponumerowanych lamp nad łóżkami, które świecą się, gdy stanowisko jest wolne i czeka na nowego pacjenta. Łóżka zawsze zajęte, lampy zapalane są rzadko, jeśli w ogóle kiedykolwiek..

Płytki 7 tysięcy, a tu wkłucie trzeba usunąć. Jak to powiedział Pan Doktor: sześć lat studiów, pięć lat specjalizacji, lata praktyki, a potem siedzisz pięć, dziesięć minut przy łóżku tamując krwawienie.
Dziś przepychałam przez pacjenta cewnik Swana-Ganza przez pacjenta, wykres falował, pacjent na szczęście nie zamigotał.

Monitory migają, przeglądam karty pacjentów: NZK, udar, NZK, udar, NZK, niewydolność krążeniowo-oddechowa. Kwasice, zasadowice, DIC, ośrodkowa moczówka prosta urozmaicona hipertermią. Levonory, dobutaminy, heparyny, relanium.
Pacjenci zawieszeni, zatrzymani w czasie - może będzie lepiej, może gorzej.

Zastanawiam się jeszcze nad tym czy nie popracować gdzieś tak dla siebie na "medycynie ogólnej" zanim wybiorę się na jakąś wąską specjalizację. Może..

sobota, 20 kwietnia 2013

55. Stażowo

Staż z pediatrii dobiegł końca. Powoli i mozolnie, ale jednak.
Pediatria w Klinicznym roi się od przeróżnych nietypowych przypadków i przebiegów chorób, ale mimo wszystko to nie dla mnie. Teraz startujemy z OIT i SORem.

Wspominam słowa starszych kolegów, którzy mówili mi, że okres zawieszenia "pomiędzy" stażem, a specjalizacją jest najgorszy, bo ani nie wiadomo co, ani gdzie, ani jak.. Dociera do mnie teraz sens tych słów. I szara rzeczywistość.

Widzę jak moi znajomi przechodzą to co ja na VI roku - udzielają się w Klinice, nakręcają się i chcą, chcą bardzo robić to co tak się im spodobało, zapominając, że póki co planowane jest tam wielkie zero miejsc szkoleniowych. Wielkie Zero, Wielkie Nic.

W mojej naturze leży chęć na to by to czego pragnę mieć na już, na teraz, na szybko i dopiero rady starszych kolegów ostudzają mój temperament, kiedy dociera do mnie, że w końcu zrobię to co lubię. Jeśli nie Dziś to Jutro, jeśli nie Jutro to Pojutrze, ale jednak.

Od października zrobi się ciekawiej. Postaram się o to ;)

sobota, 16 marca 2013

54. Sugar Man i buraczane pole

Oglądałam ostatnio film Sugar Man. Polecam. Niebanalna historia.

Ja i On mamy zupełnie odmienne gusta. Czy powodzenie związku dwojga ludzi zależy od tego jak wiele wspólnych zainteresowań ich łączy?
Wczoraj byliśmy na koncercie Jezus Maria Peszek. Doceniam artystkę, jej charyzmę i twórczość, ale jakoś chyba nie porywają mnie głośno wykrzykiwane - wyśpiewywane hasła sprzeciwu wobec religii albo patriotyzm rozumiany inaczej i wyrażany po swojemu. W każdym razie ja siedziałam twardo na sali w fotelu przytupując nogą, a on wyśpiewywał razem z artystką niemalże każdy wers każdej piosenki z nowej płyty. I siedząc tam zastanowiłam się przez chwilę, że może jednak różnimy się od siebie bardziej niż nam się wydaje? A może była to tylko moja zazdrość - że tej nocy zamiast mnie przyśni się mu ona? Bez wątpienia poszłam tam raczej dla niego niż dla samego koncertu.

Pewnego wieczoru on miał ochotę obejrzeć po raz trzydziesty legendarne Milczenie owiec. Taaa... Kto mnie zna ten wie, że thrillery, horrory i psychopaci to nie moja działka. Na Życiu Pi wyłam i szlochałam w kinie przez pół filmu. Okey, chce oglądać, niech ogląda, ja sobie pogram w gierkę na kompie. Wie dobrze, że ja nie chcę ani widzieć ani słyszeć żadnych tortur, patologii ani nic co może kogoś choćby trochę wystraszyć. Przynajmniej myślałam, że wie.. Bo nagle woła mnie zachwycony Zobacz teraz! Zobacz, zobacz! Odwracam się, a tam jakaś obleśna maska w słoiku, którą zakładał ten psychol jak mordował ludzi.
Wstrząsnęło mną z obrzydzenia, krzyknęłam, odwróciłam się i zamarłam.. A potem zatkałam dłonią usta, bo wiedziałam, że za chwilę wpadnę w jakiś spazmatyczny szloch.. No i wpadłam..
No co ja zrobię - boję się strasznie. Teraz już wie, że 90% filmów, które on lubi, będzie oglądał sam, beze mnie.

Podobnie jest z muzyką. Z książkami chyba też. I myślę, że z wieloma, wieloma innymi rzeczami.
Więc pytam: w jakim stopniu powodzenie w związku zależy od tego czy ma się podobne zainteresowania i lubi te same rzeczy?


A żeby było medycznie to opowiem wam jak cudowne potrafią być rodziny pacjentów..
Idę sobie w pracy korytarzem, który zwężał się w miejscu, gdzie zawsze stoi stragan ze słodyczami oraz automaty z kawą i napojami. Widzę, że na krześle siedzą dwie kobiety, stoi jakiś facet, a na środku korytarza jakiś ośmio-jedenastolatek, na oko BMI powyżej normy, popijający jakąś gorącą czekoladę. Facet, jak się za chwilę okazało ojciec chłopaka, gabarytowo nie lepszy od syna, zawodnik wagi ciężkiej.. Mijam ich i próbuję ominąć jakoś tego ojca, tego syna, więc wciskam się między dzieciaka i stragan z czekoladami. Przechodzę obok i słyszę za plecami:
-Przesuń się synu, bo te lekarki chodzą teraz takie wielkie jak....

Nie wyartykułuję tego co pomyślałam sobie w tamtej sekundzie. Odwróciłam się tylko i ani ojciec ani syn nie byli w stanie podnieść wzroku - nagle podłoga stała się niezmiernie ciekawym obiektem..

Dodam, że przy wzroście 167cm ważę 55 kg. Ważyłam się tydzień temu.

Eh... Buraczane pole..

piątek, 15 lutego 2013

53. Przymus bezpośredni i randka po lekarsku

Przymus bezpośredni może polegać m.in. na izolacji. Zastosowałam.
Lekarz osobiście nadzoruje jego wykonanie. Nadzorowałam.
Przed zastosowaniem uprzedza się o tym osobę, wobec której środek ten ma być podjęty. Tak, uprzedziłam siebie o tym.
Forma izolacji może być zastosowana na czas nie dłuższy niż 4 godziny. W razie potrzeby czas ten lekarz może przedłużać na kolejne okresy 6-godzinne.
Przedłużam.
I przedłużam..
I przedłużam..
Taką formę przymusu bezpośredniego zastosowałam wobec siebie z powodu zbliżającego się LEKu. Eh..

Kiedyś myślałam sobie, że taki dyżur "pod telefonem", a nie na oddziale, to w sumie fajna rzecz. Niby to się jest pod telefonem, a tak na prawdę można być w domu, oglądać film i może telefon zadzwoni, a może nie.
Wczoraj przekonałam się, że tak lekko to nie jest.

Tak to wyszło, że On w ramach wolontariatu, ma w hospicjum dyżury wieczorne i nocne "na telefon", gdy pilnie potrzebują lekarza np. żeby zacewnikwać albo zmienić leki na silniejsze. Wczoraj akurat taki wolontaryjny dyżur mu wypadł, ale postanowiliśmy nie zmieniać swoich planów i pójść na kolację.

No i jak taki wspólny lekarski dzień wyglądał?
Po pracy wpadł do domu na chwilę i zaraz pojechał do hospicjum, wrócił po 40 minutach na dwie godziny i kiedy jeszcze ja się robiłam na bóstwo ;p pojechał do hospicjum raz jeszcze. Przyjechał po 20 minutach i pojechaliśmy na kolację. Zdążyliśmy dostać drinki i złożyć zamówienie kiedy zadzwonił telefon z hospicjum. No cóż, trzeba było poprosić kelnerkę żeby opóźniła nasze zamówienie. On pojechał do pacjenta, a ja siedziałam tam 40 minut sącząc drinka. To nic. Kiedy załatwił co musiał, przyjechał i dostaliśmy nasze zamówienie. Po wspólnie spędzonych 30 minutach telefon zadzwonił znowu. No cóż, poprosiliśmy o rachunek, zapłaciliśmy i.. pojechaliśmy do hospicjum.
Do domu wróciliśmy przed 23.00. Moja kolacja w restauracji trwała dwie godziny, jego nieco ponad godzinę.

Nie narzekam wcale, wiadomo z czym się taki dyżur wiąże i wiedziałam dobrze, że mogą po niego dzwonić w każdej chwili. Już wiem jak nasze dni będą wyglądać jeśli kiedyś oboje będziemy dyżurować :)
Będziemy reprezentować sobą jedynie kolejną typową lekarską parę, która w kalendarzu na lodówce zaznacza swoje dyżury i oblicza kiedy wypadnie nam wspólny wieczór :)
Dziś zresztą też musiał jechać, więc jak tylko zrobiliśmy kolację pojechał znowu, raptem na dwie godziny. To nic. :)

wtorek, 12 lutego 2013

52. Zwyczajne majty

W zwyczajny dzień w uprzejmych słowach CEM oficjalnie poinformował mnie, że nie jestem jednym z tych szczęśliwych wybrańców, którzy aby napisać LEK mają zaszczyt transportować się do stolicy i tam szukać wielkiej hali, w której przy małym szarym stoliczku zasiądą przed arkuszem pełnym karkołomnych zadań.
W praktyce oznacza to, że LEK będę pisać całkiem niedaleko miejsca, w którym urzęduję sobie ostatnio w deszczowo-śniegowe zimowe dni.

W zwyczajny dzień poszliśmy we dwoje do sklepu na zwyczajne zakupy. Nie pierwszy raz oglądam coś w sklepie, chcę mu pokazać i już zaczynam mówić "O popatrz!", a kiedy odwracam się okazuje się, że stoję sama, ludzie się gapią pytającym wzrokiem "Dlaczego babo gadasz do siebie?", a on gdzieś przepadł zafascynowany czymś co go przyciągnęło i wessało.
Wczoraj jednak, gdy byliśmy w markecie, a ja oglądałam coś bez entuzjazmu, poczułam naglącą potrzebę by obejrzeć się za siebie.
Zobaczyłam go z wyrazem dziecięcej fascynacji na twarzy, mieszanej z odrobiną niedowierzania oraz ogromną dozą rozbawienia. Sekundę później mój wzrok padł na to co on dzierżył w dłoniach, a właściwie rozkładał.. Rozciągał szeroko nie pojmując, jak coś tak wielkiego może jeszcze podwoić swoje wymiary.

Były to wielkie, ozdabiane tanim haftem babcine gacie, rozmiar XXXL. Jego oczy, pełne zaskoczenia, wędrowały na zmianę w moim kierunku i w kierunku tych "gaci po tacie", które mogłyby służyć jako hamak.
Wydusiłam tylko: "No..Ale to chyba nie dla mnie?? Przynajmniej jeszcze nie teraz?", a kątem oka zobaczyłam faceta, który swój zaskoczony wzrok przeniósł z Mojego Zdobywcy Wielkich Gaci na mnie.
No tak.
Wszystko jasne. Nasz niemy widz od razu pojął, że mój luby wynalazł te gacie właśnie dla mnie. Mina tego faceta była przekomiczna.
Ja natomiast nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać nad losem jaki mnie czeka.. I choć miałam z tego niezły ubaw, to i tak oczywiście zrobiłam się cała czerwona nie wiedząc gdzie się podziać.

No cóż, nie codziennie ktoś publicznie sugeruje, że zamiast delikatnej kobiecej bielizny, za jakiś czas będę mieściła się jedynie w wielkie gacie ;)

niedziela, 3 lutego 2013

51. Leniwiec

Śnieg stopniał, świat popłynął, a ja ostatnio dbałam tylko o to żeby nie popłynąć zasmarkana razem z tym śniegiem w kierunku grypy i przeziębienia.

Perypetie medyczne od jakiegoś czasu ściśle ograniczyły się do powtarzania do LEKu, ale przyznam szczerze, że średnio mi to idzie. Tej zimy jestem Leniwcem.

Tymczasem od kilku tygodni, o dziwo!, odnoszę skromne sukcesy w zaciszu swoich czterech ścian. Zgłębiam tajniki sztuki kulinarnej, wcielam się w rolę gospodyni domowej, jednym słowem gram główną rolę w swojej jednoosobowej kontynuacji pradawnego serialu "Matki, żony i kochanki".. Kto by się spodziewał..

Dlatego medycznie cisza, niewiele się dzieje.
Zresztą, dopóki staż się nie skończy i nie podejdę do dwóch najbliższych LEKów, postanowiłam nie gdybać na temat swojej przyszłości, bo to tylko zbędny stres i strata czasu. Wszystko się może zdarzyć. Uczę się cieszyć tym co mam i cudownie mi z tym jak jest ;)

Prawdziwie medyczne życie rozkręca się po stażu.. Chyba.

środa, 9 stycznia 2013

50. Świecę

Chirurgia.

Dzień Drugi na Oddziale.
Chirurg: (do stażystek) Dobra, arteriografia. Idziemy na zabieg - powiedział patrząc tylko na jedną stażystkę - Któraś z was jeszcze chce? O! Pani? Dwie? Dobrze. Nie jest Pani w ciąży? - Zwrócił się do tej drugiej.
Stażystka2: Nie.
Chirurg: Nie? Już tydzień siedzi Pani na chirurgii i jeszcze nie jest w ciąży? (Hehe..taki mały joke..;]) Dobrze. Tak pytam, bo tam się trochę może napromieniujemy. Chodźmy..
Stażystka1: A to ja jednak zostanę..
Chirurg: Pani? Dlaczego?
Stażystka1: ..bo ja jednak może nie będę się napromieniowywać...
Chirurg:.....????? Aaaaaaaaaaaaaa.... To Pani jeden dzień na chirurgii spędziła i już po jednym dniu Pani jest w ciąży??? No no..! (Ha Ha, a to dopiero joke..;])

Dzień Trzeci. Obchód. Przychodzi Chirurg.
Chirurg: (do Stażystki1) Jest Pani w ciąży?
Stażystka1: Nie wiem... (a w ogóle to jakim prawem i skąd w ogóle takie pytanie..?)
Po obchodzie:
Chirurg: (do Stażystki1) Pójdziemy na tę konsultację na Neurologii. Chodźmy. Chce Pani iśc do Poradni? Jak to, nie wie Pani czy jest w ciąży? Tam koło Poradni jest apteka, mogę Pani kupić test jeśli Pani chce ;]
Stażystka1: Nie, dziękuję. Poradzę sobie ;]
Chirurg: Wie Pani, w krajach arabskich Kobieta chodzi zawsze dwa kroki za mężem i tylko w jednej sytuacji dwa kroki przed mężem - wie Pani kiedy? Na polu minowym! (Ha! Co dowcip, to lepszy..;])
Stażystka1: ..pewnie dlatego nie jestem z żadnym arabem..
Chirurg: Byłem pierwszym rocznikiem kiedy zaczęli studiować w Polsce arabowie..to jeszcze w PRLu było... (i tak dalej..masa historii ze studiów..bo droga z chirurgii na neurologię jest baaardzo długa..)
Później wychodząc do Poradni..
Chirurg: (do Stażystki1) To jak, zajść do apteki?;]
Stażystka1: Nie, dziękuję bardzo ;]


Eh ;] Jednym słowem: zaczęłam staż z chirurgii.. ;]
Nie wiem czym takim się wyróżniam, że zostaję zapamiętana po jednym dniu. W tej sytuacji szybko chirurgii nie skończę ;]
Chyba świecę ;]

poniedziałek, 31 grudnia 2012

49. W rozkroku

Witam, w rozkroku między tym co Stare i tym co Nowe.
Czas podsumowań, czas postanowień?
Postanawiam nie postanawiać ;)

Miniony rok nauczył mnie, że można sobie naplanować Ho Ho Ho, a potem i tak wszystko wychodzi na opak ;) Się pozmieniało..

Stażyści lubią mówić i pisać o stażu, o egzaminie, o marzeniach nt. specjalizacji. Ja lubiłam podniecać się myśleniem o Anglii i nawet ostatnio zdarzyło mi się zatęsknić. I pomyślałam sobie, że nie wiadomo kiedy znowu pojeżdżę po lewej stronie i nie wiadomo kiedy odwiedzę poczochrane wiatrem wzgórza Szkocji.
No trudno. Ktoś mnie tu skutecznie zatrzymał.
Poza tym jak sobie pomyślę o Żonie Pacjenta, z którą musiałam mieszkać pod jednym dachem i wyobrażę ją sobie jako reprezentantkę większości Anglików, to mi się niedobrze robi i już mi się odechciewa tam jechać ;]
A mój staż upływa błogo i bezboleśnie.
Jasne, że od czasu do czasu mój Wonderland zostaje upstrzony ludzką zawiścią, podłością, zazdrością, obślizgłą obelgą, kłamliwą plotką i tak dalej, ale nie pozwolę, żeby to zburzyło mój Stoicki Spokój. Ja po prostu jestem, nic złego nie zrobiłam, so it's not my problem.

Wczoraj dopadło mnie "myślenie wg ludu/ myślenie wg stażysty" czyli "O maj gad, a co jeśli.." i tu nastąpiła cała wiązanka na temat rezydentur itp itd. A dziś na trzeźwo pytam sama siebie "Po co..?" Po co mi to rozkminianie? Przecież nie planuję. Kto wie jak będzie?

A jeśli ktoś ma problem z tym drobnym faktem, że istnieję i jestem tam gdzie chcę - no cóż, I do not feer sorry at all.

Happy New Year Everybody!!! ;)

piątek, 14 grudnia 2012

48. Szpitalne życie

Każdy z nas ma jakieś tam mniej więcej wyobrażenie na temat tego jak to się w szpitalu pracuje i jak tam mija życie. Później rzeczywistość często bywa zaskakująca.

Po krótkiej nocy, podczas której spałam niewiele, ale za to intensywnie, próbowałam obudzić się kawą i mroźnym spacerem do pracy. Chwilę przed 8:00 czekałam na odprawę, a ponieważ jest piątek wszyscy odprawili się niezmiernie szybko. Później następuje magiczne 15 minut czarnej dziury, po odprawie, a przed obchodem, gdy nagle wszyscy się gdzieś rozbiegają, przepadają na chwilę i zupełnie nie wiadomo gdzie kogo znaleźć.
Obchód - wiadomo - gada się z pacjentami, daje zlecenia, decyduje co dalej albo kto do domu i kiedy mamy leniwy dzień w pracy, robimy wypisy, kogoś przyjmiemy i spadamy do domu. Ale tak jest rzadko ;]

Dziś skoczyłam do Poradni poprzyjmować z doktorem ludzi w ekspresowym tempie. Kiedy wróciłam do Kliniki sajgon w całej swej okazałości trwał nadal. Miałam zebrać dwa wywiady, a jeden z lekarzy od 9.00 do 11.30 chodził cały dzień z jedną historią choroby. Gdy wypisałam kogo trzeba, chciałam zapoznać się z tą nową, pogadać z nią i napisać ile to ona miała operacji i co jej właściwie dolega. I pojawiły się schody, bo z karty pacjentki zniknęła gdzieś kartka do zbierania wywiadu. Hm.. Hm.. Hm.. Idę więc do gościa i pytam, czy nie wie co się z tym świstkiem mogło stać, a on na to, że pacjentki w życiu na oczy nie widział. Hm.. Hm.. Hm.. Myślę sobie, ale jak to możliwe.. Przecież z papierów wynika, że dziś przed południem robił jej USG.. i pacjentki nie widział..?
:) no po prostu taki z niego sprytny gość! ;)

Weekend = wyśpię się :) jak cudownie! :))))

czwartek, 6 grudnia 2012

47. Doubts

Wszystko potoczyło się samo i ułożyło nie wiadomo jak.

Staż z psychiatrii mija bez rewelacji, bez newsów i bezboleśnie. Prawdę mówiąc to zaczęłam wpadać "w międzyczasie" na ginekologię, a właściwie to na położnictwo i patologię ciąży. I oczywiście na pierwszych dwóch cesarkach było mi słabo i robiło się ciemno przed oczami, ale w końcu jestem twarda i tak łatwo się nie dam, no nie? ;)
Przyznam też, że ostatnio z jakichś nieznanych mi powodów zaczęłam wątpić w tę całą ginekologię jako specjalizację odpowiednią dla mnie, ale jakiś dobry człowiek podpowiedział mi, że skoro tego najłatwiej i najprzyjemniej mi się uczyło, to powinnam się tego trzymać nawet jeśli wczoraj czy dziś chce mi się płakać i odnoszę wrażenie, że ta robota jest mega trudna. Cóż, nie od razu Rzym zbudowano..

Życie prywatne natomiast wywróciło się do góry nogami. I nie, nie chodzi mi o fajerwerki, motyle w brzuchu i takie tam. Żadnych romansów, historii rodem z Harlequin'a, żadnych płomiennie gorących podrywów.
Dzień po dniu ktoś mnie oswaja. Uczy zaangażowania, zaufania, cierpliwości. Dostaję mnóstwo czasu i otwartą furtkę, tak na wszelki wypadek.Coś nowego, coś innego..

Coś dobrego. Po prostu.

piątek, 23 listopada 2012

46. One step too far..?

Skłonność do przesady..?

Nigdy nie myślałam, że blisko mi do osoby pedantycznej i jakoś nie dostrzegałam w sobie skłonności do przesady, ale kilka ostatnio poczynionych spostrzeżeń zmusiło mnie do powtórnej autoanalizy..

Kiedy zabieram się za umycie jednej szklanki, często kończy się na szorowaniu szafek, segregowaniu środków czystości, układaniu ich grupami, a potem jakoś okazuje się, że łazienka też przy okazji się sprzątnęła..
Kiedy zasiadam wieczorem przed telewizorem, a po sekundzie zrywam się, bo jeszcze trzy rzeczy czekają w kuchni na umycie..
Kiedy nie posiedzę w fotelu spokojnie jeśli wcześniej nie dosunę równo do brzegów każdej firanki i każdej rolety okiennej..
Kiedy zasypiając w łóżku przypomnę sobie, że nie wszystko zostało pochowane do lodówki i to z całą pewnością nie może poczekać do jutra..

Hmm... Do tego wszystkiego normą stało się robienie make-up'u dotąd aż będzie mega równo, zaplatanie włosów po pięć razy aż będzie gładko i perfekcyjnie, gładzenie sukienek i spódnic aż będą leżały jak ulał i tak dalej i tak dalej..

Dokąd to mnie zaprowadzi?

poniedziałek, 19 listopada 2012

45. Doba

6:00 - dzwoni budzik, przełączam na drzemkę, a potem wyłączam go całkowicie.
7:32 - budzę się wyspana i.. spóźniona.. of course.
8:45 - ogarnięta i spakowana dzwonię po taksówkę, obiecują, że będzie za 5 minut.
8:55 - taxi przyjeżdża spóźniona, kierowcą jest pan, który ma chyba ze dwieście lat, na dworzec jedzie okrężną drogą.
9:28 - o dziwo pociąg do Wawy odjeżdża i przyjeżdża na miejsce o czasie.. PKP lubi zaskakiwać, nie ma co.. ;]
13:30 - łapię bus na lotnisko, który jednak decyduje się nie odjechać o czasie i czekam do 14:40 aż ruszy kolejny kurs.
16:05 - check-in przebiega w miarę sprawnie.
17:10 - teoretycznie opuszczam granice kraju, w praktyce znajduję się w dużej oszklonej klatce razem z innymi dwustoma pasażerami.
17:45 - teoretycznie powinnam wylatywać, w praktyce stoję i kiwam się pod ścianą.. czekamy...
18:30 - dowiaduję się, że teoretycznie wylecę o 21:30, postanowiłam zająć się filmikami z youtube.. czekamy..
19:20 - dostajemy ciepły posiłek - sucha podgrzana bułka i sok pomarańczowy ze Scooby-Doo..czekamy..
20:20 - na wieść o zmianie bramki i w odpowiedzi na zaproszenie do odprawy zrywam się przepełniona nadzieją i gotowa by wsiąść na pokład.. czekamy..
21:30 - dowiadujemy się, że czekamy na samolot o 23:00.. jeśli wyląduje i jeśli zdecyduje się wystartować to polecimy.. lakoniczne informacje.. W sklepie z alkoholami poznikały piwa, wódeczki i napoje. Impreza się rozkręca. Czekamy..
22:00 - podano informację, że można zacząć rezygnować z lotu jeśli ktoś sobie życzy, część pasażerów się poddała, ja jestem wśród tych, którzy czekają dalej..
23:15 - samolot nie wylądował, kierownik zmiany w końcu bierze całą sprawę na klatę i ośmiela się publicznie ogłosić, że lot zostaje odwołany.. Pracownicy lotniska zbierają nas i przeprowadzają do hali przylotów. W połowie pijani i bardzo zdenerwowani pasażerowie dostają zadanie ustawić się w kolejce do kontroli paszportowej! Ja pierdzielę! To był mój najszybszy wypad za granicę kraju ;]

Kolejnym absurdem w całej sytuacji było ustawienie 200 osób w kolejce do jednej pani, u której można było przebukować bilet lub żądać potwierdzenia, że lot się nie odbył i że żądamy zwrotu kosztów.

01:15 - uzyskałam wszelkie potrzebne informacje i razem z Panią, która nie wyleciała do Anglii, a miała w ten cudowny weekend świętować z mężem 15 rocznicę ślubu, łapiemy taksówkę i jedziemy spowrotem do Wawy złapać ostatnie metro do centrum.
02:20 - kończę tę przymusową wycieczkę krajoznawczą, wysiadam na przed-przed-ostatniej stacji metra i uderzam do przyjaciela, który zgodził się otworzyć przede mną drzwi o tak nieludzkiej porze.

Weekend, który miałam spędzić zagranicą, spędziłam w Stolicy, poznając masę sympatycznych ludzi, oddając swój czas przyjaciołom, odwiedzając dawno nie widzianych znajomych.
To był rewelacyjnie wykorzystany czas.

Jestem marionetką w teatrze życia. Ktoś pociąga za sznurki, a ja tańczę w takt napisanej przez kogoś muzyki. Przez ostatnie miesiące nic nie dzieje się tak jak ja to sobie kiedyś zaplanowałam, a ja przestałam już z tym walczyć.
I'm happy and I know it ;]

czwartek, 15 listopada 2012

44. Irish Interns

12 XI Irlandia ogłosiła wymagania dla kandydatów do Internship 2013.
I wiecie co?
Jak mi się nie chce!!!

Nie chce mi się już nawet tego rozkminiać i wałkować na nowo.
Najważniejsze informacje to takie, że dla irlandczyków mój wynik IELTS jest jednym słowem zajebisty. W tej rekrutacji bowiem wymagają overall score 7,5, a cząstkowe 7,0, podczas gdy mój overall score jest 8,5 a cząstkowe wahają się od 7,0 za writing do 9,0 za reading ;]
Ale wprowadzili niejaką nowość blokującą absolwentów medycyny spoza Irlandii - The Intern Employment Eligibility Test (IEET), za który najpierw trzeba zapłacić 100 euro, a potem jeszcze trzeba na niego polecieć. Już samo słowo "eligibility" wzbudza we mnie dreszcze, bo tyle się na nie napatrzyłam czytając wszystkie pisma i ogłoszenia o pracę i uświadamiając sobie boleśnie, że tylko odrobina dzieli mnie od bycia "eligible".. Niech to cholera...

Niebardzo mi się chce angażować w to wszystko od początku. Wnioski nasuwają się same.
W UK w trakcie rekrutacji do Foundation Programme przyszli stażyści muszą stawić się w GMC w Londynie osobiście, żeby napisać The Situational Judgmental Test (SJT). W Irlandii zrobili IEET, na który też trzeba lecieć na Zieloną Wyspę.

To ja już jednak wolę tę drogę, którą sama sobie wybrałam.
A biorąc pod uwagę nadchodzące zmiany w systemie kształcenia przyszłych lekarzy specjalistów, specjalizację zdobędę gdzieś, jakoś, kiedyś.. Może..

czwartek, 8 listopada 2012

43. Routine

Witam ponownie po dość długiej nieobecności ;)

Pomiędzy stażowaniem u lekarza rodzinnego, a poszukiwaniem mieszkania, uporaniem się z bezdomnością, a później bezskutecznym próbowaniem zadomowienia się w nowym miejscu, niewiele było czasu na blogowanie i rozmyślanie nad beztroską egzystencją lekarza stażysty. Wychodzenie z domu o siódmej rano i powroty o 20-21.00 stały się normą. Jak to mówią "Zawsze coś..". Nawet nie próbuję znaleźć czasu na zrobienie prania - zwyczajnie nie mam czasu czekać 1,5 h aż pralka skończy robotę, a ja będę mogła rozwiesić mokre ciuchy. O prasowaniu czegokolwiek już dawno zapomniałam.

Generalnie staż u lekarza rodzinnego powoli dobiegł końca. W tym czasie pełniłam funkcję przybocznej, czyli zapraszałam pacjentów do gabinetu, zabawiałam wszędobylskie dzieci, gdy rodzic musiał omówić z panią doktor kwestię skrupulatnego podawania medykamentów, a zdarzyło mi się nawet przyjąć młodego zawałowca, który nie reprezentował żadnych typowych dolegliwości oraz pacjentkę, która zdecydowanie prezentowała objawy schizofrenii, ale nigdy się na nią nie leczyła.
Ta ostatnia pacjentka raczyła nas opowieścią o tym jak to otworzyły się jej żebra powyżej wątroby, zassały powietrze, a później zamknęły się jak gdyby nigdy nic, a powietrze było w niej jakiś czas, a potem zniknęło. Przyznaję, że słuchałam tego wszystkiego z kamienną twarzą, próbując sobie przypomnieć czy ktoś na zajęciach z medycyny rodzinnej wspomniał nam coś o postępowaniu i diagnozowaniu "nietypowych" pacjentów - takich którym ewidentnie dolega coś poważnego, ale oni zgłaszają się do nas z jakąś błahostką konsekwentnie pomijając główną dolegliwość.

Realizując sumiennie kursy w terminach wyznaczonych przez Izbę Lekarską, nastawiam się powoli do stażu z psychiatrii. Psychiatria - dziedzina, której nie ogarniam i egzamin na którym nie miałam zielonego pojęcia o co mnie pytają w teście..

wtorek, 23 października 2012

42. Kicia na GPSie

Kto ma szczęście losując karty pacjentów.. nie ma szczęścia w miłości.

Nie pochwaliłam się Wam, że zdaniem żony mojego pacjenta z UK, jestem typem kobiety skupionej na karierze, która nie chce założyć rodziny.
No ba! Ona wyszła za mąż mając 18 lat, pierwsza ciąża w wieku 19 lat, druga w wieku 24 lat. Nie dziwię się, że w jej mniemaniu jestem starą ususzoną na wiór nieródką..

Staż z medycyny rodzinnej upływa miło i bezboleśnie. Zwłaszcza, gdy mam na popołudnie.
Dziś niestety zaczynałam od 8.00. O tej porze nocy mieszającej się z bladym, niewyraźnym świtem, biegłam na autobus sterowana wewnętrznym GPSem, z ustawioną opcją snu.. Oczywiście trzeba było kupić bilet, oczywiście ten droższy u kierowcy i oczywiście musiałam go skasować, zanim przypomniałam sobie, że ciągle ważny mam mój wczorajszy bilet 24-godzinny. Szlag by to..

Jeden z pacjentów opowiadał dziś swoje przygody z wojska próbując porównać je do hierarchii panującej wśród lekarzy:
"-I to nie jest tak dajmy na to, że Pan do Pani - tu wskazał na mnie - powie: Chodź Kicia, trzeba zrobić to i to.., a Pani powie: Jasne Skarbeńku, robi się!"
Cóż mogę powiedzieć.... Mrauuu.. :]

Ostatnia pacjentka, którą dziś widziałam powaliła mnie na kolana swoim wyglądem i dbałością o szczegóły. W drzwiach gabinetu stanęła piękna starsza pani, z nienagannie ułożonymi włosami w kolorze ciemnego czerwonego wina, z wzorowo wytuszowanymi rzęsami i dyskretnym błyszczykiem na ustach. Jej image podkreślał grubo pleciony sweter z golfem w kolorze jasnego różu i ciemnofioletowa apaszka. Do tego Pani Starsza była ślicznie pomarszczona :) Pomyślałam sobie "Zadbana Pani, około sześćdziesiątki". Weszła, powiedziała, że już są jej wyniki z laboratorium, posłuchała o tym, że erytrocyty są wzorowo okrągłe, wzorowo spłaszczone i wzorowo czerwone, że cholesterole trzymają się w ryzach, w odpowiedniej ilości i proporcjach i ogólnie, że żadne normy nie zostały przekroczone. Uśmiechnięta wyszła z gabinetu, a ja spojrzałam w kartę. Rok urodzenia: luty 1940...

Można pachnieć i ślicznie wyglądać idąc do lekarza? Ano wychodzi na to, że jednak można.. :>